Głównie, ale nie tylko, o koszykówce
piątek, 08 września 2017

EuroBasket2017 zakończony. Nie tak, jakbyśmy wszyscy chcieli. Liczyliśmy na więcej, nasze (drużyny) ambicje sięgały wyżej, zostaliśmy zdefiniowani. Nie jestem jednak od ocen i nie zamierzać tego robić. Mam jednak kilka spraw, o których chciałbym napisać.

Zacznę od podziękowań. Przede wszystkim dziękuję prezesowi Arkadiuszowi Lewandowskiemu, który dał zielone światło na moją obecność w kadrze, a tym samym na nieobecność we Włocławku podczas przygotowań do sezonu. Dziękuję moim kolegom i koleżankom z Klubu za wyrozumiałość i zastępowanie mnie w różnych kwestiach.

Dziękuję Marcinowi Widomskiemu, który jako pierwszy ze mną rozmawiał w sprawie pracy w kadrze i z którym szybko doszliśmy do porozumienia. Dziękuję Adamowi Romańskiemu oraz Michałowi Pacudzie  za to, że mieli wkład w ten pomysł i na pewnym etapie go poparli. I na koniec – the last but not the least – dziękuję serdecznie prezesowi Grzegorzowi Bachańskiemu, który to wszystko potwierdził i dzięki temu umożliwił mi zetknięcie się z fantastycznym doświadczeniem.

Przez dwa miesiące pracowałem po to, aby pokazać wam jak działa kadra narodowa od środka. Na czym polega fenomen budowania pozytywnej atmosfery przy jednoczesnej wielkiej etyce pracy zespołu zbudowanego i prowadzonego przez Mike’a Taylora. Balansowałem na granicy tego, co można i powinno się pokazać, a czego nie i gdzie kończą się zawodowe obowiązki reprezentantów, a zaczyna ich prywatna sfera. Jeśli więc koszykarze (i trenerzy) czuli się ze mną komfortowo i ufali, że do social mediów nie przedostanie się nic, co mogło wkraczać w ich sferę prywatną, a przy tym kibice followujący i lajkujący nasze treści uznawali je za ciekawe – to to jest dla mnie największa nagroda. Oczywiście, wszyscy wypomną mi ten „cakegate”, ale to też pokazało w jaki sposób trener zbudował relacje z zawodnikami. Gdy jest trening, meeting albo walk through, jest szefem absolutnym; gdy treningu nie ma – jest blisko swoich graczy. I może dzięki takiemu unikatowemu połączeniu dzisiaj wszyscy gracze stoją za nim murem. Taka jest nasza obecna kadra. Po prostu.

W tym miejscu chcę zaznaczyć, że nie byłoby efektów mojej pracy, gdyby nie kolejne osoby. Michał Pacuda robił dużo małych, ale szalenie istotnych rzeczy związanych z logistyką i organizacją np. sesji zdjęciowej, konferencji prasowych czy obsługą systemu accredito.com służącego do komunikacji z mediami. Andrzej Romański fachowo i sprawnie był zawsze w odpowiednim miejscu i czasie, a Wojtek Kłos… Dostałem od was kilka ciepłych słów za całokształt pracy. Chcę powiedzieć, że gdybym nie miał „za plecami” kogoś, kto pisałby wszystkie teksty, nagrywał dźwięki, spisywał cytaty i umieszczał wszystko na koszkadra.pl, nie mógłbym wykonywać swoich dwóch najważniejszych obowiązków: obsługi social mediów i koordynowania pracy na linii zawodnicy-media. Wojtku, chapeau bas!

Tymczasem Facebook, Twitter i Instagram żyły codziennie, przedstawiciele mediów mieli dostęp do zespołu czy to podczas turnieju w Polsce, czy w Helsinkach, portal koszkadra.pl produkował własne, unikatowe treści, a wszystkie media mogły korzystać z naszej pracy (czy to zdjęć, cytatów czy tekstów) poprzez accredito – i choć nie powiem, że było idealnie czy perfekcyjnie, nie powiem, że nie dało się zrobić czegoś lepiej, ale mam wrażenie, że „kręciło się”.

A kręciło się też dlatego, że w środku wszystkich trybików był i jest trener Mike Taylor. Od pierwszego dnia obozu w Wałbrzychu, mimo że wcześniej nie znaliśmy się w ogóle, szeroko otworzył dla mnie drzwi do kadry, obdarzył zaufaniem i pozwolił, abym wykonywał swoją pracę najlepiej jak umiem. I jeśli przez te dwa miesiące choć kilka razy kliknęliście „lubię to” pod naszymi filmami czy zdjęciami, jeśli uśmiechnęliście się oglądając nasze treści, jeśli trochę bardziej polubiliście naszych reprezentantów czy trenerów jako ludzi, jeśli trzymaliście kciuki za tę grupę w Finlandii i emocjonowaliście się meczami, to w największej mierze jest to właśnie zasługa coacha.

#DawajPolska

18:27, michalfalkowski , Koszykówka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 stycznia 2016

A jak ARMAGEDON – 12. miejsce zajął Anwil Włocławek w poprzednim sezonie, czyli tym samym w maju i czerwcu w koszykówkę w Hali Mistrzów nie grano. I nie grano nawet w play-off, po raz pierwszy od czasów dinozaurów.

B jak BILANS – Niestety po raz pierwszy od dawna negatywny. Bardzo dobry rezultat z obecnego sezonu (10:4) niestety nie zrekompensował słabizny poprzednich rozgrywek (10:20), więc ostatecznie Anwil jest na minus cztery – 20:24.

C jak CZARNA KAWAFiedja, jakiś obiad może?Ni, ili kawa możet bytć! Tolka ciorna! – odpowiedział Fiodor Dmitriew tuż przed tym, jak mieliśmy zrobić pierwszy wywiad. Podczas konwersacji o koszykówce nasza rozmowa nie raz, nie dwa schodziła na tematy poboczne, stąd wiem, że Sankt Petersburg to w slangu SanPi, a Rosjanin ze swojego domu do hali treningowej Spartaka ma… 25 kilometrów. No i na własnej skórze przekonałem się, że prawdą jest co o nim mówią: zabawny, dowcipny, nieustannie z humorem. – Czarna kawa dobra! Trzy filiżanki dziennie hamują choroby serca, więc ja dla pewności piję co najmniej pięć! Związku z moimi problemami zdrowotnymi, ja również przerzuciłem się na gęstą czarną bez mleka.

D jak DUET NA JEDYNCE – Posądzano trenera Igora Milicicia o ryzyko, gdy do Kamila Łączyńskiego dobierał Roberta Skibniewskiego. A że się nie lubią, a że obaj do siebie podobni, a że pokłócą się o miejsce w piątce. Nic podobnego! Obaj grają efektywnie i przede wszystkim grają tak, że dzisiaj coach mówi: Robią to, czego dokładnie od nich wymagam. Nie patrzę na ich punkty ani asysty. W ogóle nie jest to ważne. Ja tymczasem mogę jednoznacznie zaprzeczyć jakoby obaj nie przepadali za sobą, a myślę nawet – co więcej – że im samym bardzo podoba się opcja, wedle której dwóch polskich playmakerów prowadzi Anwil do kolejnych zwycięstw.

E jak EUROPA I USA TO ZA MAŁO – O ile jeszcze w pierwszej części roku klub kręcił się wokół własnego komina lub wychylał się nieco w kierunku Stanów Zjednoczonych, o tyle od momentu zmiany trenera zdecydowanie poszerzyło się spektrum poszukiwań. Był więc Zane Knowles z Bahamów, który zataił kontuzję, następnie Kurt Looby z Antiguy i Barbudy, który kontuzji doznał, aż wreszcie Kervin Bristol z Haiti, który póki co zdrowy. Oczywiście cała trójka ma paszporty amerykańskie i na stałe mieszka właśnie w USA. Podobnie jak Champ Oguchi, po pochodzeniu Nigeryjczyk.

F jak FREKWENCJA – 2867 osób to największa widownia w Hali Mistrzów w zeszłym sezonie (w styczniowym meczu z Polskim Cukrem), tymczasem najniższa w obecnych rozgrywkach to… 2744. O ile w pierwszej części roku 2015 średnia widownia w dziewięciu meczach wyniosła 1960,8 kibica na mecz, o tyle w siedmiu spotkaniach w ostatnich tygodniach wzrosła do aż… 3175,4! Co ciekawe, karnety na mecze Anwilu sprzedawały się jeszcze grubo po rozpoczęciu rozgrywek, natomiast w czasie świąt do biura zgłosił się dżentelman chcący nabyć karnet VIP. I klub niestety – z powodu braku miejsc – musiał odmówić.

G jak GDYŃSKA KATASTROFA – Porażka 65:100 w hali Gdynia w meczu z Asseco w poprzednim sezonie była najgorszym koszmarem i apogeum nieszczęścia zespołu w rozgrywkach 14/15. Po tamtym meczu w wyniku nieporozumienia w komunikacji obraził się na mnie Seid Hajrić, ale na szczęście gdy przyjechał do Włocławka z Rosą Radom, rozmawialiśmy już normalnie.

H jak HIMALAIZM – Podobna sytuacja, co z Fiedją. Wywiad z Bartkiem Diduszką, minuty upływają, a my już dawno zakończyliśmy rozmowy o koszykówce, natomiast Bartek z zacięciem opowiada o Mount Everest, Broad Picku, K2 czy Lhotse. Wyjaśnia co to styl alpejski, jak długo można przebywać w tzw. strefie śmierci, czym jest hipoksja, jakie zdolności nosowe miał Jerzy Kukuczka, który – takie mam wrażenie – jest dla niego kimś więcej, niż tylko pierwszym polskim zdobywcą wszystkich ośmiotysięczników. Minuty zatem upływają, ja dopijam kolejną kawę (Bartek je bezglutenowo, odżywa się superzdrowo, więc o żadnej kawie mowy być nie mogło) i zmieniają się tylko postaci: po Kukuczce – Berbeka, Wielicki, Rutkiewicz, Heinrich, Kurtyka…

I jak IGOR MILICIĆ – Człowiek-perfekcja. Wszystko pod kontrolą, wszystko dopięte na ostatni guzik. I nie są to puste słowa. Jak wszystko, to wszystko: każde zdanie z tekstu czy wywiadu sprawdzone, każdy trening rozpisany w specjalnym kalendarzu-notatniku, każdy mecz sprawdzony pod kątem nadchodzącej frekwencji, a także wyraźne polecenie, aby w klubowym autokarze każdy koszykarz miał dla siebie po cztery miejsca, tak aby mógł nogi wyciągnąć w trakcie kilkugodzinnej podróży. I ciągła analiza. Gdy dzień po meczu z Rosą Radom pojawiłem się w pokoju trenera i zagaiłem Jak tam po meczu, trenerze?, coach Milicić spojrzał na mnie jak na wariata i odparł – Jesteśmy przed meczem, a nie po meczu. No tak, w końcu za sześć dni Anwil grał w Kaliszu ze Stalą. Nadaje mocne tempo pracy swoim współpracownikom, stąd bardzo ceni pomoc Marcina Woźniaka, którego muszę zapytać czy i w tym roku zdarzyło mu się odejść od świątecznego stołu i przejść do pokoju obok, aby robić scouting. W poprzednich latach bywało i tak.

J jak JESZCZE NIE ZROBIŁEM – Dłuższego wywiadu z Robertem Tomaszkiem. Muszę to jak najszybciej nadrobić. Z drugim Robertem, Skibniewskim, wywiad już mamy zrobiony. Czeka na obróbkę skrawa… to znaczy pisaniem.

K jak KILOMETRY – Ogółem zrobiłem ich w poprzednim roku 4193 dzięki możliwościom akredytacji dziennikarskiej. To o ponad 400 mniej, niż w jeszcze wcześniejszym, ale cóż. Kiedy praca to praca, ale nie zawsze można pracować. Stąd parę wyjazdów mnie ominęło, ale byłem np. na ostatnim spotkaniu finału w Zielonej Górze. I byłem tam też niestety tuż przed świętami, gdy grał Anwil. Ogółem, zaliczyłem w minionym roku ponadto podróże do Gdyni, Sopotu, Kutna (dwa razy), Bydgoszczy, Dąbrowy Górniczej (po raz pierwszy), Kalisza (po raz pierwszy) i Słupska (po raz pierwszy).

L jak LUZOWANIE PRZED MECZEM – Na ostatnim treningu przed każdym spotkaniem cały sztab Anwilu oraz wszyscy zawodnicy rzucają do kosza z połowy. Zabawa w ramach rozładowania napięcia po treningu, na którym zwyczajowo robi się walk-through, czyli powtarza się spacerowym krokiem wszystkie zagrywki i założenia na mecz. Zabawa, ale i jednocześnie zakład. Bywa tak, że wygrywa jeden (jak Robert Tomaszek w Dąbrowie Górniczej), zdarza się dogrywka (Roberta z Piotrkiem Stelmachem w Zielonej Górze), czasami dogrywka składa się z czterech zawodników (Tomaszek, Kamil Łączyński, Kami Hanke i Grzegorz Kukiełka), a czasami nie trafia nikt… I wówczas następuje kumulacja.

M jak MIASTO POMAGA – W końcu, nareszcie, od roku jest normalnie! W 2014 nie mieliśmy we Włocławku miłych doświadczeń z urzędem miasta, wszak pomocy ze strony magistratu – poza doraźną, jednorazową – brakowało. Tymczasem w 2015 miasto przelało na konto klubu okrągły milion złotych, a w 2016 ma być jeszcze więcej, bo 1,5 miliona! To stawia Włocławek w jednym szeregu z Koszalinem i Zieloną Górą, czyli miastami, które dotychczas najbardziej dbały o swoich koszykarzy.

N jak NIGERYJCZYK – Drugi (po Patricku Okaforze) w historii klubu. Prywatnie – Champ Oguchi to kulturalny, miły i obyty człowiek. Mówi tak czysto i pięknie w swoim języku, że można by nim książki pisać. Przy tym raczej cichy i usuwający się na bok, dobrze czujący się w swoim towarzystwie. Na parkiecie natomiast – o czym wiedzą wszyscy – to broń obosieczna. Dobrze wykorzystany i będący w formie, nie ma obrońcy, który byłby w stanie go zatrzymać. Ale też mecze takie jak w Zielonej Górze kładą się rysą na jego wizerunku. Bardzo, bardzo mocno sfokusowany na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro, obawia się poważnych urazów, które mogłyby wyeliminować go z turnieju.

O jak OUT! – I to po trzykroć out! Predrag Krunić, Andrea Crosariol, Seid Hajrić i Arvydas Eitutavicius nie doczekali nawet kwietnia we Włocławku decyzją Rady Nadzorczej klubu.

P jak PSYCHOL – Najlepszy (być może, na pewno najchętniej czytany i najmocniej komentowany) wywiad, jaki udało mi się zrobić. Arek Markiewicz mocno się otworzył, ale tuż po rozmowie dostałem sporo smsów w stylu A jeszcze o to zapomniałeś go zapytać! Może kiedyś… Arka tymczasem pozdrawiam i chciałbym zapytać jaka pogoda o tej porze roku w Norwegii?

R jak RUMCAJSJeszcze dziś nowy zawodnik Anwilu! Kabooooooom! Udało się!!!! – ćwierknąłem, gdy okazało się, że David Jelinek złożył jednak podpis pod kontraktem z Anwilem. Jeszcze kilka dni przed podpisem rozmawiałem z Patrikiem Audą, kolegą z pokoju Davida na kadrze, który wyraził wątpliwości czy to możliwe, aby Anwil pozyska gracza takiego kalibru. Ostatecznie się stało, choć – co ciekawe – nie obyło się bez nerwów na samym finiszu. Jelinek odesłał bowiem podpisany kontrakt, ale na dwóch stronach (z sześciu czy siedmiu) zabrakło parafek. Nie muszę mówić jaka gorączka była wówczas w klubie, bo brak parafek na jakiejkolwiek ze stron sprawia, że taki kontrakt łatwo podważyć. Choć po telefonie do agenta wszystko zostało załatwione – okazało się, że David przebywał wówczas na kadrze Czech w Grecji i z rozpędu się zagapił.

S jak STAY JIGGY – W antiguańskim slangu oznacza to mniej więcej trzymaj się, pozostań zdrów. Takiego zwrotu używał Kurt Looby i taki zwrot Antiguańczyk usłyszał od wielu osób z klubu, gdy wylatywał z Włocławka w listopadzie. Paskudna kontuzja, której doznał, to był cios dla zespołu nie tylko ze względu na aspekty sportowe, ale również czysto ludzkie. Kurt zyskał sympatię całego sztabu i wszystkich koszykarzy swoją etyką pracą i zaangażowaniem. Byłem świadkiem, jak po jednym z treningów poprosił Łączkę i Skibę czy mogliby przyjść na wieczorny trening pół godziny wcześniej i przećwiczyć z nim zagrywki, bo chciałby je szybciej poznać. Dusza człowiek.

Ś jak ŚRODKOWI NIE SKACZĄSeid Hajrić już dawno, jak przestał być nazywany Vincem Carterem Bałkanów, Andrei Crosariolowi zwyczajnie odrywać się od ziemi nie chciało, Kervin Bristol ma problemy z koordynacją, a Robert Tomaszek dostał już tyle ciosów w karierze w kręgosłup i plecy, że woli lay-upy. No, nie skaczą ci środkowi, ale ważne ze obecnej dwójce centrów nie można odmówić zaangażowania i woli walki.

T jak TOCZY SIĘ KOŁEM HISTORIA – W pierwszym i ostatnim meczu sezonu Anwil mierzył się z Polfarmexem Kutno. W Hali Mistrzów pokonał rywali zza miedzy 87:66, a salce gimnastycznej ograł przeciwnika 58:54.

U jak  UTRUDNIENIA W KOMUNIKACJI – Podróż Champa z Houston, przez Chicago (albo Nowy Jork?) do Warszawy i dalej, do Włocławka. Fatalna, bo przedłużona w czasie o dobre dwa dni ze względu na jakieś problemy z nadbagażem oraz zwykłą, ludzką niechęć pracowników lotniska w Houston. Ostatecznie skończyło się interwencją wysoko postawionych ludzi LOTu w British Airways i szczęśliwym dotarciem gracza na Kujawy. Twitter klubowy pracował wówczas do późnych godzin nocnych.

W jak WYWIADY – Moja ulubiona część dziennikarstwa. Zapraszam do odświeżenia tych, które sam noszę w pamięci: Wojciech Pietrzak, Arkadiusz Lewandowski, Kamil Łączyński, Grzegorz Kukiełka, Champ Oguchi, Piotr Stelmach, Fiodor Dmitriew, Bartosz Diduszko, Konrad Wysocki

Z jak ZAUFANIE WAŻNA RZECZ – Czym zasłużyłem sobie na taki zaszczyt? – nieco ironicznie zapytał Piotr Stelmach, gdy poprosiłem go o spotkanie i wywiad. A potem, już w trakcie rozmowy, rzucił między wierszami Jak się lepiej poznamy, to i o tym porozmawiamy, na moją wspominkę o okolicznościach rozstania ze Stelmetem Zielona Góra. Więc… Poznajemy się z Piotrkiem powolutku i może przyjdzie taki czas, żeby zrobić kolejną rozmowę. Ta pierwsza o mały włos nie doszłaby do skutku. Plik (ponadgodzinny) zapisałem w komórce, ale kilka dni później zmuszony byłem wcisnąć ustawienia fabryczne. I oczywiście o rozmowie zapomniałem, plik usunięty, koniec świata! Nie pozostało nic innego więc jak spisać z pamięci. Gdy wysłałem zawodnikowi do sprawdzenia późno wieczorem, po jakimś czasie dostałem smsa zwrotnego Jest OK!, ale gdy po chwili przyznałem się, że pisałem z głowy, dostałem drugą wiadomość: W takim razie wstrzymujemy. Muszę przeczytać rano drugi raz… Ot, i szczególarz. Ostatecznie przekręciłem tylko jedno nazwisko i zapomniałem dodać fragment o tym, że Stelmacha Anwil chciał już dekadę temu.

czwartek, 31 grudnia 2015

Wróciłem późno do domu, zacząłem pisać relację z meczu. Emocje jeszcze mną targały mocno, więc spotkanie w Kutnie przeżywałem po raz kolejny. Wcześniej, w drodze do Włocławka, też je przeżywałem. Na przykład źle zjechałem na rondzie i zamiast mknąć autostradą, o mały włos nie pojechałbym w kierunku jakiejś Woli Raciborowskiej. Byłem jakby zamyślony, a drogę przysłaniały mi sceny z meczu.

Emocje targają mną do teraz (jest druga w nocy), ale pozytywnych już brakuje. Anwil Włocławek wygrał mecz, tymczasem mam wrażenie jakby stało się coś bardzo złego. Jakby to nie włocławianie mieli prawo do radości, ale ich środowi rywale.

Przejrzałem Internet i wiem, że to był błąd.

W głowie nie mieści się jak łatwo w naszym mieście (kraju?) deprecjonuje się sukcesy, umniejsza zwycięstwa i nie cieszy się z rzeczy, z których powinno się cieszyć.

W środę Anwil wygrał, choć fakt, gra nie była ani porywająca, ani widowiskowa, a obie drużyny ledwo łącznie przekroczyły próg 100 punktów. Można więc rzecz: gra była brzydka dla oka, a mecz słaby. W porządku. Ale jakim prawem (bo przecież nie prawem kibica, która jest z zespołem na dobre i na złe) zza anonimowych loginów i numerów ID wylewa się tyle hejtu?

- Cieszmy się z tego, co mamy i nauczmy się doceniać sukcesy – mówi po każdym zwycięstwie Robert Skibniewski, a że mądry to człowiek (nie tylko zawodnik) to trzeba go słuchać. 10 zwycięstw w 14 meczach to – wydawałoby się – idealny powód, aby we Włocławku i okolicach szampany dziś wystrzeliły naprawdę wysoko i gęsto. Ale nie, bo przecież drużyna nie zdobyła 90 punktów i nie wygrała z Polfarmexem Kutno (Kim?! Kim jest Polfarmex, ja się pytam zza mojego biurka i komputera! Toż to twór nieskładny z trenerem amatorem i do tego w salce gimnastycznej grajo!) przewagę 30 punktów, tylko męczyła się niesłychanie do ostatnich minut. Phi! A ten Stelmach to mógł dwa wolne trafić, a nie jednego, szybciej bym wiedział, że wygrali i mógłbym ten nudny mecz w końcu wyłączyć!

To przejaskrawienie, rzecz oczywista, te słowa powyżej, ale kontekst i ogólny obraz – właśnie taki jest. Roszczeniowa postawa, zupełnie pozbawiona podstaw.

Przykre to jest, gdy anonimowość i wszechobecna możliwość skomentowania wszystkiego przez wszystkich sprawia, że pod adresem trenera Igora Milicicia padają słowa, że nie przygotował taktyki, że Anwilowi brakuje pomysłu na grę, że jak trwoga to do Davida Jelinka… A Skibniewski to słaby w obronie, a Piotr Stelmach cegli za trzy, podobnie jak Fiedja Dmitriew

Chciałbym zapytać – nawet jeśli Stelmachowi wczoraj nie wpadało do kosza, bo nie wpadało, a piłka w kluczowych momentach szła do Jelinka i włocławianie grali izolację, bo grali, to… czy to wszystko pozwala nam formułować proste, zwięzłe i krótkie wnioski-zdania i ogłaszać je niczym prawdę objawioną?

NIE MAMY TRENERA! – pada po meczu z Energą Czarnymi, choć przecież wcześniej włocławianie dwukrotnie zaliczyli serię po trzy zwycięstwa z rzędu. NIE MAMY OBRONY! – gdy Anwil traci 91 punktów w Zielonej Górze i nie ważne jest, że następnie z Treflem traci tylko 60, a z Polfarmexem – 54 (drugi taki wynik w sezonie, trzeci we wszystkich meczach od… 2010 roku). To wszystko nieważne, bo przecież po meczu z Polfarmexem można krzyknąć NIE MAMY ATAKU!

Naprawdę nikt nie zwrócił uwagi na dobrze stosowaną i egzekwowaną zmienną obronę strefową, jaką Rottweilery (Przypadkiem się tak ustawiali? Czy może uczestniczył w tym trener, a wykonawcami byli zawodnicy?) zafundowały kutnianom w całym środowym meczu? Na tyle skuteczną, że momentami rywale byli bezradni i choć owszem, zdarzyło się, że nie trafili kilku otwartych rzutów za trzy, to gro z tych rzutów oddawane było z trudnych pozycji, gdy po dobrze obronionym pick and rollu niski koszykarz Polfarmexu nie tylko miał obok siebie niskiego obrońcę, ale również wyciągnięte ręce gracza wysokiego.

A przegrane zbiórki, bardzo wyraźnie przegrane zbiórki? Czy to naprawdę niespodzianka? Chyba dla tych, co patrzą na TBL przez pryzmat gry Anwilu, nie śledząc i ignorując resztę zespołów. Zaskoczeniem byłoby gdyby Polfarmex – najlepiej zbierająca ekipa TBL – nie wygrała walki na tablicach w momencie, gdy podstawowy center Anwilu od kilku tygodni spisuje się w tym elemencie słabo. Wszyscy to wiedzą, skąd więc to zdziwienie? Kervin Bristol gra słabo ogółem, ale akurat w środę jego wynik siedmiu zbiórek w 11 minut przeciwko Mike’owi Fraserowi Kevinowi Johnsonowi należy uznać, że bardzo pozytywny sygnał.

W Kutnie nie wygrywa się łatwo nikomu. Koszalin i Szczecin przegrały odpowiednio czterema i dwoma punktami, a Słupsk i Toruń wygrały nieznacznie, odpowiednio dwoma i siedmioma punktami. Zwycięstwo Anwilu z wczoraj, zwycięstwo czterema punktami po morderczej walce na łokcie przez całe spotkanie, doskonale wpisuje się w teorię, że gospodarzom w tej ciasnej salce pomagają ściany. Dla mnie taki obrót meczu nie jest zaskoczeniem.

Gra Anwilu nie była bezbłędna, ba, nigdy nie można mówić o bezbłędności, gdy trafia się 1/11 za trzy w pierwszej połowie i rozdaje ogółem tylko cztery asysty. Ale dlaczego dyskusja toczy się tak płytko? Cztery asysty, a więc – brak pomysłu na grę! Jedna trójka wpadła – przecież nie mają zagrywek! 18:19 do połowy, czyli… co to za drużyny?! Co to za poziom? Do 1. ligi! 

Tymczasem, dlaczego nikt nie szuka przyczyny, nikt nie mówi o pomysłach defensywnych tak, jakby ich w ogóle nie było? A były, i to właśnie one w dużej mierze determinowały wczorajsze spotkanie. 

Miałem okazję być na jednym z treningów Anwilu w trakcie tygodnia, podczas którego trener Milicić tłumaczył swoim graczom w jaki sposób bronić Bartłomieja Wołoszyna i Jarosława Zyskowskiego (To był cel na ten mecz). Chodziło o skuteczny close-out w momencie, w którym piłka trafia do jednego z tych zawodników, gdy ten stoi na otwartej lub pół-otwartej pozycji i może rzucić lub minąć rywala. Efekt? 3/15 z gry polskiego duetu.

Ale o tym się nie mówi, o tym się nie dyskutuje. Jakby tego nie było, jakby nie zostało to dostrzeżone, jakby – wreszcie – to nie miało jakiegokolwiek znaczenia i zostało przykryte sloganem NIE MAMY TAKTYKI!

Jeśli tak się dzieje z braku wiedzy – to źle, ale jeśli z czystej niechęci – to jeszcze gorzej.

sobota, 26 grudnia 2015

Święta pełne treningów mieli w tym roku koszykarze Anwilu Włocławek. W czwartek poranny, w piątek wieczorny, a sobota to już zwyczajowe, regularne dwa treningi przed niedzielnym starciem z Treflem.

Ale koszykarze z Sopotu też nie rozsiedli się przy świątecznych stołach. Poświąteczne granie sprawiło, że we Włocławku musieli zameldować się już w sobotę.

Przyznam – choć meczom świątecznym towarzyszy przyjemna atmosfera, zresztą jak i całym świętom, uważam, że granie w tym czasie jest psychicznie dość trudne. I same mecze często mają nieprzewidywalny scenariusz.

Pamiętam przedświąteczne granie (23 grudnia) w roku 2005, gdy do Włocławka zajechała Unia Tarnów. Młodsi kibice nie pamiętają, ale zespół z Małopolski był wówczas Siarką Tarnobrzeg, która potrafiła sprawić kilka niespodzianek, głównie u siebie w domu, ale generalnie nikt nie traktował tej drużyny jako poważnego kandydata, np. do play-off. Ot, jeden z wielu dostarczycieli punktów dla tuzów ligi. A tuzem był wówczas Anwil, późniejszy srebrny medalista.

Choć skład tarnobrzeżanie mieli ciekawy. Kilku Polaków (Wojciech Majchrzak, Wojciech Żurawski, Wacław Piński) oraz paru stranieri (Chaz Carr, Greg Morgan) na solidnym poziomie oraz prawdziwy rodzynek w tym cieście – Drażen Tomić. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, że niemiecki skrzydłowy, który miał za sobą występy w Albie Berlin, Telekomie Bonn czy RheinEnergie Kolonia, trafił do Tarnowa.

W każdym razie – nie tyle co trafił, co regularnie trafiał we Włocławku, ale z dorobkiem 17 punktów był dopiero… czwartym strzelcem Unii. Po 18 oczek mieli obydwaj Wojciechowie, a 20 – Carr. Unia pokonała Anwil 91:76, gdyż w szeregach włocławian kilku zawodników zdecydowanie duchem było przy świątecznych stołach. Dość powiedzieć, że czterech graczy zdobyło… 72 z 76 punktów zespołu, a sześciu pozostałych resztę, czyli cztery oczka…

(W trakcie pisania tekstu przyszedł mi również do głowy inny mecz, sprzed 14 lat. Słynne starcie z Notecią Inowrocław, a słynne z powodu 50 punktów rzuconych w Hali Mistrzów przez Alexa Austina, a niekoniecznie z powodu porażki Anwilu 80:91. Jednakże, owe spotkanie odbywało się 21 grudnia, więc nie do końca był to termin świąteczny czy okołoświąteczny.)

Niemniej, zawsze obawiam się meczów rozgrywanych dzień przed świętami, w trakcie świąt czy tuż po świętach. Zawodnicy mogą mówić i powtarzać jak mantrę, że są profesjonalistami, ale trzeba wielkiej siły mentalnej, aby zapanować nad własną psychiką i poradzić sobie ze świadomością, że gdy cała Polska siedzi przy stole z rodziną, ty musisz odejść od niego i udać się na trening.

Tym bardziej obawiam się takich meczów, gdy podział na murowanego faworyta i underdoga jest tak wyraźny.

Nikt nie powinien mieć pretensji do włocławian o porażkę ze Stelmetem Zielona Góra czy Energą Czarnymi Słupsk. Rywal albo z wyższej, albo z tej samej półki. Czym innym będzie jednak mecz z Treflem Sopot, czyli jedną z najsłabszych ekip Tauron Basket Ligi.

Nic dwa razy się nie zdarza – chciałoby się wyrazić świąteczne życzenie.

wtorek, 22 grudnia 2015

Stelmet Zielona Góra wziął, co miał wziąć i na co pozwala mistrzowi jego olbrzymi potencjał. Anwil Włocławek mógł, przy sprzyjających okolicznościach, nawiązać walkę z mistrzem, ale niestety limit szczęścia zarezerwowany dla reszty stawki wykorzystał przed tygodniem Start Lublin. Co tylko podrażniło mistrza i…

- Chcieliśmy zagrać w tym meczu tak, aby pokazać, że wracamy na właściwe tory – powiedział mi po zakończeniu spotkania człowiek w masce, czyli Nemanja Djurisić. I w słowach podkoszowego Stelmetu nie było przesady. Podobnie jak w przypadku cytatu użytego przez Vlada Moldoveanu. – Patrzymy na Barcelonę i widzimy jak mocno oni grają od pierwszej do ostatniej minuty. I też chcemy grać jak oni – stwierdził Rumun.

Koszykarze różnych drużyn często używają tego zwrotu, z którego zrobił się pusty frazes. Stelmet natomiast pokazał co te słowa znaczą naprawdę. I na początku pierwszej kwarty, w drugiej odsłonie i nawet po zmianie stron, gdy zielonogórzanie prowadzili wysoko, zachowali tę samą intensywność. Jakby chcieli za wszelką cenę udowodnić swoim kibicom, że mecz ze Startem był wypadkiem przy pracy. Bo był.

Trochę pecha mieli włocławianie, ale też nie zrobili za wiele, aby mistrzowie utrudnić zadanie. Problemy z realizacją założeń przedmeczowych, problem z umiejętnym rozłożeniem akcentów w ataku, dziury w defensywie, z czego wzięło się aż osiem (na 12 rzutów) trójek gospodarzy w pierwszej połowie. Potencjał, cele, doświadczenie (trenerów oraz zawodników), budżety obu zespołów są różne i było to widać w hali CRS. Euroliga kontra Tauron Basket Liga, choć chyba nikt nie spodziewał się blisko 30-punktowej porażki.

Gra Stelmetu i Anwilu była diametralnie różna, co dostrzegliby nawet najbardziej niedzielni kibice koszykarscy. Według mnie były dwa kluczowe elementy w tej materii: energia oraz zespołowość. A może nawet zespołowość na pierwszym miejscu.

Owszem, Champ Oguchi to strzelec, który jeszcze nie raz w tym sezonie odpali i który naprawdę jest w stanie z łatwością zdobywać punkty seriami, ale w meczu ze Stelmetem grał słabo. I nie chodzi o to, że przestrzelił aż 14 z 20 rzutów. Chodzi o jego selekcję rzutową oraz fakt, że gdy tylko Nigeryjczyk ma piłkę w rękach, myśli o rzucie. Z jednej strony strzelec jest od tego, aby strzelać. Ale jednocześnie, Anwil ma kilka zagrywek, wedle których piłka tylko przechodzi przez ręce Champa, ale rzut oddaje ktoś inny. W teorii. W praktyce Nigeryjczyk lubi się rozstawać z piłką głównie wtedy, gdy zmierza ona w kierunku kosza, a nie w kierunki partnera z zespołu. Niczym dobrym nie jest budowanie pewności siebie jednego zawodnika, kosztem pewności siebie reszty graczy.

Z drugiej strony, nie ma co teraz palić na stosie trenerów czy graczy za to, że mecz w Zielonej Górze został tak wysoko przegrany. Gdy Stelmet gra na poważnie, nie ma w Polsce drużyny, która udźwignęłaby ciężar jakim jest nawiązanie (pod względem jakości, intensywności i poziomu taktyki) walki z zielonogórzanami. Co Euroliga, to Euroliga. Po prostu.

Przed sezonem bilans 8-4 o tej porze roku każdy wziąłby w ciemno. Porażki w Zielonej Górze, Słupsku i Koszalinie nie są tragedią w momencie, gdy straty z dwóch z tych trzech pojedynków można nadrobić w Hali Mistrzów. W kontekście argumentu o słabszym meczu czy grze poniżej oczekiwanego poziomu można mówić tylko o Dąbrowie Górniczej.

Kończąc wątek o meczu w hali CRS, należy patrzeć w przyszłość. Anwil cztery mecze do końca rundy, z których wygranie trzech będzie pełnią szczęścia w pierwszej części sezonu zasadniczego.

Tym samym, przed Stelmet… schylić czoła oraz uznać klasę rywala, a punktów szukać w kolejnych meczach.

środa, 09 grudnia 2015

Przyznam, że do tekstu o klubie kibica H1 zbierałem się od początku tego sezonu. Impulsem miała być Dobra zmiana w kibicowaniu, jak w mediach i na forach zapowiadali przedstawicieli tego stowarzyszenia. Pomyślałem: warto spróbować. I nawet spotkałem się z kilkoma chłopakami z H1, choć słowo spotkałem się nie oddaje dobrze obrazu. Po prostu porozmawiałem z nimi, gdy przygotowywali oprawę przed meczem z Rosą Radom (efekt - zdjęcie powyżej).

Nie chcę aby zabrzmiało to tak, że zająłem się tematem grupy tylko dlatego, żeby jeszcze mocniej podrasować incydent ze Słupska, czy wykorzystać nośną sytuację. Nie o to chodzi. Niemniej - czas nie jest przypadkowy, wydarzenia w hali Gryfii były drugim impulsem, który stworzył ten tekst.

***

W słupskich mediach sytuacja jest opisywana i pokazywana (np. na tym filmiku) skandalicznie. Wycięty kilkuminutowy fragment obrazuje wydarzenie z udziałem kibiców z Włocławka, ale pomija iskrę zapalną incydentu. Być może ktoś po prostu nie zdążył włączyć kamery lub telefonu na czas, ale być może zrobiono to celowo. Nie wiem, nie dowiem się, nie dochodzę.

Faktem niezaprzeczalnym jest jednak, że kibice z Włocławka zareagowali agresywnie w momencie, w którym zabrano im flagę. Żeby była jasność: reakcja absolutnie nie na miejscu, zdecydowanie wykraczająca ponad przyjęte normy (np. zerwanie reklamy). Zdaję sobie sprawę, że dla grupy ultrasów flagi to świętość, to sztandar, ale jej zabranie mogło być tylko głupim, szczeniackim żartem. Niemniej, z drugiej strony rozumiem, że zwykłe prosimy o zwrot to nie to miejsce, nie czas i nie ta grupa ludzi. Zareagowali tak, jak reaguje tłum. Nie mówię, że dobrze, przeciwnie. Wskazuję jednak, iż to nie była akcja, a reakcja fanów z Włocławka. Nie oni zaczęli tę sytuację.

Nie przyjąłem za dobrą monetę słów członków klubu kibica H1. Kwestia flagi została potwierdzona przez pracowników ochrony słupskiej hali Gryfii (na marginesie odnośnie samej hali - czy gdzieś w Polsce, w jakiejkolwiek innej arenie, organizator umiejscawia kibiców gości pod balkonem z kibicami gospodarzy? Dosłownie i w przenośni - na wyciągnięcie ręki?).

***

Kibice zrzeszeni w H1 nie są oczywiście aniołkami. Mają na swoim koncie większe lub mniejsze przewiny i parę incydentów z przeszłości, od których ciężko będzie się im odciąć jeszcze przez długi czas. Jednocześnie jednak jako grupa zagorzałych fanów koszykówki i Anwilu Włocławek, robią wiele pozytywnych rzeczy. Wpisany w szeroki (aczkolwiek bardzo negatywnie przedstawiany przed media w Polsce) kontekst społeczno-kibicowski, utożsamiają się z prawicową stroną sceny politycznej, również czynnie. Uczestniczą w Marszach Niepodległości, tak samo jak w mszach kibiców organizowanych corocznie w Częstochowie. Ktoś może potępiać, ale inny będzie zwolennikiem. Niemniej: mają swoje wartości, w które wierzą i trzeba to uszanować.

Na co dzień przebywający we Włocławku, działają bardzo, można powiedzieć, widocznie. Wiem, że oprawy ich meczów uznawane są wśród ultrasów wszystkich dyscyplin sportowych, nie tylko koszykarskich. Próbką jest wspomniana oprawa Revival z pierwszego meczu w sezonie. Była absolutnie wyjątkowa, widowiskowa i celna w punkt. Jako grupie nie brakuje im również poczucia humoru, co na własne oczy widziała Gryfia, gdy w połowie trzeciej kwarty nagle setka kibiców zmieniła przebranie i dzieląc sektor na trzy części - niebieską, białą i zieloną - na moment oderwała wzrok fanów ze Słupska od parkietu. Bez chamstwa, bez wulgaryzmów, za to z pomysłem, widowiskowo i pełnym nawiązaniem (trzy kolory) skąd są, po co przyjechali do Gryfii i kogo wspierają. Piękne.

Pozytywów w działalności H1 nie brakuje. Tak samo jak - niestety - negatywów. W jedynym tekście, który dotyczył tej grupy (a był opublikowanym tutaj) pisałem, że grupa jako całość musi zapamiętać jedną rzecz. Że nie są osobną wyspą, ale wyspą-córką klubu koszykarskiego, jakim jest Anwil Włocławek i wyspą-siostrą miasta Włocławka

I że wszystkie ich dobre oraz złe uczynki automatycznie wzbogacają albo obciążają konto tak klubu, jak i miasta. A w przypadku klubu - obciążają również dosłownie, np. trzy tysiące złotych za okrzyki w kierunku Filipa Dylewicza. I teraz pewnie też liga uzna, że nadarza się okazja, aby uszczuplić budżet klubu za wybryki kibiców. Pytanie czy również dostanie się Enerdze Czarnym, bo Je*** Anwil było słyszane nie tylko w hali, ale i w telewizji.

***

Nie dziwię się ludziom oglądającym mecz Energi Czarnych z Anwilem sprzed telewizora, którzy jednoznacznie ocenili tę sytuację. Zajście pokazano fragmentarycznie, a cała koszykarska Polska widziała tylko te sceny, gdy fani z Włocławka wieszali się na balkonie oraz gdy ochrona wyprowadzała jednego z kibiców rękawem w stronę korytarzy. 

Żenujące obrazki. Uwłaczające koszykówce.

Szkoda tylko, że nikt nie zadał pytanie: dlaczego tak się stało? Gdzie leży przyczyna? Ano leży w tym, że gdy złodziej kradnie wam portfel na ulicy, to nie oddajecie mu uśmiechnięci również zegarka.

Nie wybielam H1, często krytykowałem ich zachowanie, nie zgadzam się z okrzykami Wyp******* z uchodźcami słyszanymi co mecz w Hali Mistrzów, ale w tym konkretnym miejscu i czasie to nie oni jako grupa (bo jednostek niespełna rozumu nie brakuje w każdym zgromadzeniu kibiców), dążyli do zaczepki. Nie oni byli stroną, która zaczęła konflikt.

***

Atmosfera, jakiej doświadczyłem w Gryfii przypomniała dawne czasy. Lat 90-tych. I myślę, że obecnie nie da się jej porównać z jakąkolwiek inną koszykarską halą w Polsce. W obu kontekstach: pozytywnym (wielkie emocje, presja na drużynie przeciwnej, głośność, integracja wszystkich kibiców) i negatywnym (wulgaryzmy, agresja, nienawiść). I choć ten drugi element widoczny (słyszalny) jest w wielu arenach, ja jako dziennikarz związany z klubem z Włocławka nigdy nie doświadczyłem podobnej niechęci względem siebie, tylko dlatego ze ubrany byłem w koszulkę z napisem Anwil, a klamra mojego paska to herb klubu.

Nawet we Wrocławiu, mieście z którym Włocławek od ponad dwóch dekad jest w stanie Świętej wojny, nigdy nie spotkałem się z tak jawną niechęcią. Pomijam Sopot, Gdynię, bo tam kultura dopingu jest zupełnie inna niż w Słupsku czy także we Włocławku, ale nigdy nie miałem problemów w Toruniu, Kutnie czy Koszalinie... 

Nie wiem co Włocławek, włocławianie czy Anwil zrobił kibicom ze Słupska. Być może chodzi o to, że wielokrotnie eliminował Energę Czarnych w fazie play-off, być może chodzi o to, że Rottweilery raz na jakiś czas zdobywają słupską twierdzę, a włocławska jakoś nie może paść łupem Panter od lat, ale przyznam - nie rozumiem tej wrogości i przedmeczowej napinki względem Włocławka. 

Nie rozumiem przedmeczowego cytatu usłyszanego za plecami, że Włocławek to drugi najbardziej nielubiany klub po Koszalinie. Nie pamiętam żadnych problemów, które nakazywałyby uznać, że na linii Słupsk - Włocławek jest gorąco. Brak kontekstu odwiecznej rywalizacji, brak wyjątkowej historii walki o medale, ot parę meczów w serii play-off. Słupsk to po prostu przeciwnik dla Włocławka taki sam, jak każdy inny poza Wrocławiem i - może - Sopotem/Gdynią.

Kończąc wątek, liczę na przyjazd kibiców ze Słupska do Włocławka na rewanż. W Hali Mistrzów zawsze gwiżdże się na zespół Energi Czarnych mocno, ale tak samo mocno, jak gwiżdże się na Siarkę Tarnobrzeg czy AZS Koszalin. Słupsk nigdy nie był dla Włocławka wyjątkowym przeciwnikiem. Był przeciwnikiem zwykłym, takich jakich wiele w lidze.

Brak wyjątkowego kontekstu, aby było inaczej.

niedziela, 06 grudnia 2015

Mecz, który pokaże prawdziwe miejsce drużyny w tabeli. Spotkanie, które określi jakość. Pojedynek, który odpowie na pytanie gdzie jest Anwil. Starcie, które jest testem.
Wiele podobnych zdań padło w ostatnim czasie, czy to na forach internetowych czy w dyskusjach na Twitterze.

Z żadnym z nich absolutnie się nie zgadzam.

Owszem, zarówno włocławianie, jak i słupszczanie są w czołówce ligi (bilanse, odpowiednio, 7:2 i 6:2) oraz w gronie ekip, które ścigają niepokonanego mistrza, ale to... tak naprawdę nic nie oznacza. 

Test? Jaki test? Zwykły, kolejny ligowy mecz i tyle. Nie ma co dorabiać dodatkowych teorii, bo takowych po prostu nie ma. To będzie mecz na szczycie, szlagier kolejki (sam tak zapowiadałem go na oficjalnej stronie klubowej), ale nic poza tym.

Dla przykładu - niech wszystko ułoży się po myśli trenera Igora Milicicia i jego zawodników i Anwil pokona gospodarzy w hali Gryfia. Czy to będzie oznaczać coś dodatkowego ponadto, że włocławianie nadal utrzymują wysoką formę? Nie. Czy to będzie może oznaczać, że już nie play-off, nie ćwierćfinał, a półfinał czy nawet gra o medale jest celem Anwilu na ten sezon? Też nie. No to może w drugą stronę - czy jeśli Energa Czarni okażą się lepsi od Rottweilerów to będzie można powiedzieć, że są bliżej obrony brązu sprzed roku? Nigdy. A może będzie to oznaczało, że Anwil może wygrywać, ale tylko z rywalami, którzy są niżej w tabeli? Oczywiście, że nie, absurd.

Więc o jakim teście mówimy?

W niedzielę spotkają się dwie drużyny na równym poziomie i wynik jest sprawą kompletnie otwartą. Wygrana gospodarzy czy gości nie będzie dziwić, tak samo jak ostateczny wynik. Jeśli obie drużyny zagrają na miarę swoich możliwości, czeka nas spotkanie emocjonujące do ostatnich minut. I nic więcej. Żaden test, żaden sprawdzian. Być może jeszcze w tym sezonie będzie tak, że spotkania obu zespołów będzie można nazwać testowymi, ale póki co nie jest to jeszcze ten czas.

Gdyby kazać włocławianom zagrać ze słupszczanami np. cztery mecze z rzędu, począwszy od dzisiejszego wieczoru, to równie dobrze Anwil mógłby wygrać cztery razy, albo Energa Czarni. Albo mogłoby się skończyć remisem 2-2. I co to by oznaczało? Absolutnie nic, bo kiedy przyjdzie czas najważniejszych rozstrzygnięć w sezonie zasadniczym, zarówno Rottweilery, jak i Pantery będą zupełnie innymi ekipami, niż są teraz.

Dziś w Gryfii Anwil gra o dwa punkty. Aż o dwa punkty, ale o nic więcej.

niedziela, 01 listopada 2015

Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze - myślałem sobie w pierwszej kwarcie meczu w Dąbrowie Górniczej, raz po raz przecierając oczy ze zdumienia. 0:10? 3:19? Przecież to było jak rodem ze słabego filmu, który w zamyśle miałby ewentualnie spastiszować koszykówkę. 

Wiem z jakimi założeniami Anwil wchodził w mecz z MKSem. Przede wszystkim - nie dopuścić, by Rashaun Broadus miał choćby i pół metra wolnego do rzutu z czystej pozycji. Ponado - sprawić, aby Jakub Dłoniak rzucał z wymuszonych, niewypracowanych pozycji, bo akurat w jego przypadku jasne było, że i tak rzucał będzie niezależnie od okoliczności. Dwa punkty Amerykanina i 1/4 z gry w pierwszej kwarcie (świetna postawa w defensywie Kamila Łączyńskiego oraz Roberta Skibniewskiego) oraz pięć oczek Polaka (2/4 z gry) nakazywały sądzić jedno: włocławianie realizują postawione założenia i ograniczają dwóch najważniejszych zawodników MKSu.

A zatem skoro było tak dobrze, to dlaczego było tak źle? Ospałość i drewniane nogi w pierwszych minutach był porażający. Tym większa szkoda, że skoro taktycznie włocławianie grali dobrze, jednocześnie pozwolili sobie na brak, sam nie wem jak to ująć, żywiołowości? Jak później mecz pokazał - odrobienie 16 punktów było możliwe, ale też okupione zostało utratą sił i skuteczności. Bo w ostatnich akcjach MKS zrobił wszystko, żeby oddać zwycięstwo, ale Anwil pudłował.

Nie we wszystkich meczach da się grać na poziomie 40-50 % z gry.

MKS miał w tym meczu jeden, ważny handicap. Coś ekstra, coś dodatkowego, coś, czego Anwil się nie spodziewał. Owszem, Przemysław Szymański potrafi rzucić za trzy, ale w tym sezonie nie próbował jeszcze... ani razu! Tymczasem przeciwko włocławanom przymierzył czterokrotnie, trafiając trzy razy. Mający więcej przestrzeni Paweł Zmarlak natomiast rozdał pięć asyst (to już drugi taki występ 33-latka w tym sezonie, ale tym razem w tylko 21 minut. Wcześniej potrzebował na to 40 minut w meczu z Polskim Cukrem), a dodatkowo trafił bardzo ważny rzut za trzy na 55:47, odpowiadajac tym samym na serię punktów Davida Jelinka. Jak się domyślacie, to również pierwsza trojka gracza w rozgrywkach. Dodatkowo, Eric Williams okazał się być podkoszowym zwierzakiem i uzyskał double-double.

Nie, nie umniejszam umiejętnościom tych graczy, po prostu cały czas chodzi mi o to, że trener Wojciech Wieczorek otrzymał coś ekstra od swoich zawodników w momencie, w którym Anwil odciął prąd dwóm liderom. Widać to bardzo dobrze w rozłożeniu punktowym - pięciu graczy powyżej 10 oczek, dwóćh kolejnych z dorobkiem dziewięciu i ośmiu.

Czy czegoś takiego zabrakło po stronie włocławian? Możliwe. Mam wrażenie, że problemem było również to, że poszczególni koszykarze nierówno weszli w mecz w kontekście ich aktywności po obu stronach parkietu. Najlepszym przykładem jet wspomniany Kamil Łączyński, który rozegrał bardzo dobre zawody w obronie, naprawdę zrobił wszystko, by Broadus nie złapał rytmu, ale z drugiej strony niestety w ataku zagrał chyba najsłabszy mecz, w którym ja go oglądałem na żywo. Jak jednak powiedziałem mu po zakończeniu spotkania - po takim meczu może być tylko lepiej i sądzę, że przeciwko Asseco obejrzymy innego Łączkę...

Fiedja Dmitriew zebrał co prawda pięć piłek, ale w ataku dał tylko pięć punktów. Rosjanin nie gra w ofensywie tak, jak zakładano przed sezonem i on sam jest tego świadomy. Po meczu mówił, że stara się nie myśleć o tych wcześniejszych pudłach, pilnuje techniki rzutu, a piłka wykręca się z kosza... Czy jest trochę zablokowany psychicznie? Pewnie tak, więc trzeba czekać na taki mecz, który go odblokuje. Jednocześnie nasuwa mi się taka myśl: Rosjanin zdobył pięć punktów rzucając sześć razy. Może potrzeba spotkania, w którym odda więcej rzutów? Zdecydowanie łatwiej jest wejść w mecz, gdy rzuca się co dwie-trzy minuty, czy niż co pięć-sześć. Ta sama kwestia dotyczy Piotra Stelmacha. Chylę czoła przed jego oraz Roberta Tomaszka obroną przeciwko Williamsowi w drugiej połowie (Amerykanin to istny potwór, gabarytowo wielki, i umiejący przepchnąć się pod koszem, ale po zmianie stron był mniej widoczny), natomiast w ataku oddał tylko trzy rzuty w ciągu 16 minut. Trafił dwa, z czego jeden dał remis. 

Nie ma co szukać winnych i ich osądzać. Po trzech zwycięstwach przyszedł czas na zimny prysznic i jak po meczu przyznał Robert Skibniewski: Lepiej teraz, niż w następnej kolejce, czy meczu ze Śląskiem. Prawda. Nie wszyscy zawodnicy Anwilu są obecnie w najwyższej formie, ale bilans 3-1 na rozpoczęcie sezonu i tak jest bardzo dobrym. Drugim najlepszym od sezonu 2009/2010, więc włocławski kibic naprawdę nie ma na co narzekać. Początek rozgrywek to nie czas, w którym wszystko będzie idealnie, dlatego na zakończenie tekstu przypomnę dwie rzeczy, o których wspominam bardzo często. Pierwsza rzecz to zgranie, a druga rzecz to słowa trenera Igora Milicicia wypowiedziane kilka tygodni temu: Najlepszą koszykówkę będziemy grali od grudnia-stycznia. I tego się trzymajmy.

***

Champ Oguchi... W Dąbrowie Górniczej zabrakło kogoś, kto odciążyłby zmęczonego Jelinka. Zabrakło strzelca. Drugiej ważnej postaci, wokół której budowano zespół. Gromy sypią się teraz, że głupotą jest budować drużynę i zasadniczą postacią zrobić zawodnika, który do grudnia może odejść w każdej chwili. Dziwnym trafem jeszcze kilka tygodni temu często tę sytuację w mediach opisywano jako uzasadnione ryzyko. A przecież trener Milicić budował zespół w określonych warunkach finansowych. Pisałem o tym, że Champ był do wzięcia za mniej więcej 40-50 procent tego, co kiedyś zarabiał. To jest uzasadnione ryzyko.

Problem w tym, że zawodnik ma dolegliwości bólowe. Takiego sformułowania używałem pisząc o stanie zdrowia gracza dla SF.pl. Wymiennie używane z urazem, czy kontuzją, ale przede wszystkim chodziło o dolegliwości bólowe. Sam klub też poinformował o problemach Nigeryjczyka następującymi słowami: Badanie wykonane rezonansem magnetycznym nie wykazało poważnych uszkodzeń stawu, a jedynie częste u zawodowych koszykarzy przeciążenie więzadła rzepki tzw. "kolano skoczka". Tyle w kontekście tego, co napisałem na TT.

Choć jednocześnie biję się w pierś. Nawet jeśli zabrakło Champa w tym meczu, to rzeczywiście obarczanie go winą za porażkę zespołu było słabe. Gdyby grał, z pewnością by pomógł. Nie zagrał jednak, a miejsca na gdybanie być nie powinno.

środa, 21 października 2015

Kervin Bristol (ile razy w pośpiechu w pomeczowej relacji napiszę jego imię bez "r"?) złożył swój podpis pod kontraktem i – o dziwo – momentalnie ruch ten spotkał się z całkowitą lub niemalże całkowitą akceptacją fanów.

I sam się zastanawiam czy dlatego, że Bristol jest Bristolem i ma statystyki, jakich nie mieli Zane Knowles czy Kurt Looby czy chodzi o szybkość i sprawność z jaką przeprowadzono transfer?

Jeśli chodzi o ten drugi aspekt – jest to absolutnie zrozumiałe. Rzeczywiście, negocjacje przybrały tempo ekspresowe, a przecież nie chodziło o zwykłe podpisanie umowy z wolnym graczem. Sam zawodnik musiał zerwać umowę z greckim klubem (potrzebny był podpis jego, jego agenta oraz prezesa tamtejszego klubu), następnie trzeba było dogadać warunki indywidualnej umowy z koszykarzem (znowu podpisy trzech osób), aż wreszcie załatwić formalności związane z listem czystości. Wygląda to mniej więcej tak: klub wysyła prośbę o przekazanie listu czystości do macierzystej (polskiej) federacji, owa federacja przekazuje prośbę do federacji kraju, w którym grał dany zawodnik (grecka), tamta federacja zgłasza wniosek do byłego klubu koszykarza i gdy wszystko jest w porządku (m.in. porobione są opłaty przez klub zatrudniający zawodnika albo zawodnik nie ma żadnych zaległości względem byłego pracodawcy), cały proces przebiega jeszcze raz, tyle że w drugą stroną. Na dobrą sprawę – w świecie Internetu – mogłoby to zająć pewnie z pół godziny. W świecie ludzi trwa to kilka lub kilkanaście godzin. Choć prezesi klubów pamiętają pewnie sytuacje, w których list czystości "szedł" z Libanu, Wenezueli albo Rosji np. tydzień.

Niemniej, nie o kwestię szybkości przeprowadzenia transferu chodzi przede wszystkim a o cyfry. A właściwe liczby, bo powyżej 10. Innymi słowy wskaźnik zbiórek 27-latka, który rzeczywiście jest znakomity. 12,2 zbiórki w Istanbulsporze, 10,9 w Polzeli, 12,4 w Mikołajowie oraz 9,6 w Samarze. Co prawda we Francji Bristol notował tylko 4,1 zbiórki na mecz, ale i grał niespecjalnie dużo, bo średnio 15 minut.

Radość, jaka pojawiła się po ogłoszeniu Kervina Bristola jest jednak dla mnie nie do końca zrozumiała. Owszem, może okazać się za moment, że Bristol jest lepszym rebounderem niż Kevin Johnson oraz Mike Fraser osobno albo razem wzięci, ale równie dobrze może tak nie być. Tymczasem reakcje na transfer Haitańczyka pokazują jedno: kibic – także ten we Włocławku – żyje statystykami. Na ich podstawie bazuje i formułuje opinie.

Owszem, na przestrzeni swojej krótkiej europejskiej kariery Bristol udowodnił, że ma wielkie umiejętności i zna się na swojej robocie. Potrafi się zastawić, ma czucie piłki, umie się przepchnąć w pomalowanym. Czy to jednak z automatu oznacza, że Anwil stał się drużyną kompletną? Według mnie jeszcze nie.

Po zastąpieniu Antiguańczyka przez Haitańczyka napisałem na Twitterze: Najważniejsza rzecz jest taka: Kervin musi mieć osobowość i charakter Kurta. Jeśli będą podobni, wszystko będzie super.

Strata Looby’ego nie dotyczy tylko umiejętności sportowych 31-letniego centra. Jego kontuzja uderza w drużynę również w kontekście budowy zespołu, chemii w drużynie i atmosfery wspólnej pracy. Antiguańczyk idealnie wpasował się w ekipę, szybko znalazł język z resztą zawodników (w przeciwieństwie na przykład do Knowlesa). Co więcej, bez żadnego gadania całkowicie zaakceptował swoją rolę w Anwilu i rozumiał, że w drużynie, w której akcent mocno przesunięty jest w stronę obwodu, nie może liczyć na zbyt wiele punktów. Dobrze opisywał to w wywiadzie. – Szybko zrozumiałem, że granie w Europie polega na tym, by być częścią zwycięskiej ekipy. Nic ci nie da to, że będziesz zdobywał po 20 punktów w meczu, jeśli twój zespół będzie na ostatnim miejscu w lidze. Tego się nauczyłem i nauczyłem się również, by przede wszystkim wywiązywać się z zadań powierzanych mi przez trenerów. Jeśli zdobędę 10, czy 15 punktów, to jest to świetna wiadomość, ale ważniejsze jest, bym dał od 10 do 12 zbiórek, ze trzy bloki, dobre zasłony, po których padną punkty strzelców oraz dobrą obronę pod koszem – tłumaczył Looby.

I to jest tak naprawdę istota sprawy. Haitańczyk to w teorii świetny wybór trenera Igora Milicicia. Anwilowi pomoże jednak wówczas, gdy okaże się zawodnikiem gotowym na całkowite dostosowanie się do wizji trenera oraz akceptację stawianych przed nim zadań. I gdy wejdzie w lukę po Loobym nie tylko jako zawodnik, a także jako człowiek.

Wtedy będzie wzmocnieniem i tylko wtedy.

PS. Nie wierzę w przeznaczenie czy innego rodzaju przesądy, ale jest to dość zabawne, że Bristol – który był w gronie kilku zawodników interesujących Anwil i trenera Milicicia co najmniej od sierpnia – trafia do Włocławka po tym jak kontuzje wyeliminowały jego poprzedników. Jeśli więc istnieją jakieś siły wyższe, to rzeczywiście niech sprawdzi się powiedzenie do trzech… centrów sztuka.

niedziela, 11 października 2015

Jaka szkoda, że Państwo tego nie widzieli – mawia klasyk. Jakie siły nieczyste zaserwowały kibicom koszykówki w Polsce derby Trójmiasta zamiast pojedynku z Hali Mistrzów, nie wiem. Nie wiem i nie rozumiem. I nie trafia do mnie argument, że starcie Trefla z Asseco zapowiadało się emocjonująco. Wystarczyło spojrzeć na wyniki sparingów, by wiedzieć, że wcale tak nie mogło się zapowiadać. Zatem Państwo tego nie wiedzieli, ale…

1) Widział komplet (niemalże komplet?) widzów w Hali Mistrzów, która eksplodowała raz za razem w rytm kolejnych celnych rzutów Davida Jelinka czy Champa Oguchiego. Pełne trybuny we włocławskiej arenie pokazują, jak ludzie w tym mieście spragnieni są koszykówki z najwyższej półki i dobrze się dzieje – także dla całej ligi – że Anwil znów ma aspiracje do poważnej gry. Przyznam się – w poprzednim sezonie przychodziłem do Hali Mistrzów jak do pracy. Przyjść, pogadać, obejrzeć mecz, zrobić parę rozmów, pójść do domu. Tymczasem od piątkowego wieczoru przedwczoraj byłem tak nakręcony, że w sobotę nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca. Pojawiłem się więc w hali długo, zanim przyjechał jakikolwiek zawodnik. I emocje opadają dopiero teraz. Jest w pół do drugiej w nocy.

2) Nie można zacząć opisu meczu inaczej, niż od wyniku 40:59. C.J. Harris rzucił dwa wolne i wydawało się, że jest po zawodach. Odrobić 19 punktów, gdy w pierwszej połowie trafia się tylko 3/14 za trzy (Rosa 6/12) i 9/19 za dwa (rywal 9/16)? Wydawać by się mogło – mission impossible. I to nawet pomimo faktu, że koszykówka, także w wydaniu TBL, zna bardziej okazałe powroty. Jak to się stało, że Anwil nagle zaczął odwracać mecz?

3) Przede wszystkim w akcji wcześniejszej zanim Harris trafił dwa wolne, Jelinek wymusił czwarte przewinienie Michała Sokołowskiego. I choć za byłego Anwilowca na placu gry pojawił się skuteczny tego wieczoru Damian Jeszke, to Rosie zabrakło kogoś, kto scalałby grę zespołu. Kogoś, kto wsparłby rozgrywających, nie bał się zagrać jeden na jednego, pomógł na zbiórce, odciął od podania przeciwnika. Do momentu czwartego faulu, Sokół rozgrywał bardzo dobry mecz. Gdy musiał zejść, nagle zabrakło trenerowi Wojciechowi Kamińskiemu Polaka, który wziąłby na siebie ciężar gry. Ten fakt plus niemalże całkowicie bezproduktywne 29 minut Roberta Witki (0/3 z gry, trzy zbiórki, trzy asysty) sprawiły, że coś w grze Rosy się zacięło. W tym miejscu warto dodać, że bezbarwna gra Witki nie jest przypadkiem. Trener Igor Milicić przez ostatnie kilka dni cały czas przypominał swoim zawodnikom o nieustannym wywieraniu presji na 34-letnim skrzydłowym. Coach uznał, że Witka to drugi playmaker na parkiecie i nie powinno dawać mu się ani pół metra wolnej przestrzeni. Tak, aby nie mógł przyjąć pozycji do rzutu i tak, aby nie miał komfortu z rozprowadzaniem piłki. Fiodor Dmitriew i Piotr Stelmach wykonali kapitalną pracę.

4) Anwil zmienił też sposób defensywy i zaczął przekazywać sobie obrońców, na co Rosa nie zareagowała bądź nie umiała zareagować. W jednej akcji prawdopodobnie Igor Zajcew (ale możliwe, że był to Jeszke lub Witka, już nie pomnę) został trzy metra od kosza mając na plecach Roberta Skibniewskiego. Podania nie otrzymał.

5) Zmiana gry w defensywie, odcięcie Witki oraz foul-trouble Sokołowskiego to trzy główne składowe tego, że Anwil wrócił do gry i miał zwycięstwo w tym meczu na wyciągnięcie ręki jeszcze w regulaminowym czasie spotkania. Czwartym elementem jest doskonała gra w ataku duetu Jelinek – Oguchi. W drugiej połowie i dogrywce czesko-nigeryjski duet zdobył 40 ze swoich 56 punktów i jednocześnie 40 z 57 zespołu. Antagoniści – zresztą w Internecie już tacy się znaleźli – już twierdzą, że Anwil długo nie pojedzie na paliwie zasilanym jedynie przez tę dwójkę, ale myślenie w ten sposób jest błędne z dwóch powodów. Po pierwsze: mając w składzie liderów, którzy są w stanie zdobywać punkty, głupotą byłoby trzymać ich na smyczy i z nich nie korzystać. Warto też przyzwyczaić się, że Champ właśnie tak będzie grał. To killer, który ma rzucać. Po to został sprowadzony i mądrością każdego trenera jest umieć wykorzystać te cechy, dla których sprowadził gracza do zespołu.

Obejrzyjcie mecz jeszcze raz. To, że Jelinek i Oguchi zapewnili 56 z 92 punktów zespołu to efekt taktyki i sposobu gry całej drużyny. Piłka tak długo krąży lub tak długo jest przetrzymywana przez centrów, którzy czekają na to, by oddać ją na zewnątrz, aż uwolni się ten gracz, który ma się uwolnić. Serie zasłon, ścięcia pod kosz. Anwil gra schematy, które mają dać rezultat: piłka ma trafić do strzelców.

6) Po drugie: nie tylko ta dwójka wygrała mecz. Kto postawił prawidłową zasłonę w kluczowej akcji, w której Jelinek rzucił za trzy? Dmitriew. Pilnujący Czecha Jeszke nie miał możliwości ruchu, więc skrzydłowego Anwilu przejął dużo wyższy i mniej mobilny Zajcew. Kto trafił trójkę w trudnym momencie, gdy przewaga Rosy od kilku minut utrzymywała się w okolicach 8-12 punktów? Robert Skibniewski, który tym samym przełamał także swoją niemoc, bo wcześniej spudłował pięć razy z daleka. Rzut Skiby pozwolił zbliżyć się na dystans zaledwie pięciu punktów, przewaga psychologiczna była już wówczas po stronie gospodarzy. Ponadto, wyróżnić należy również Bartosza Diduszkę za jego odważną grę i osiem punktów z ławki oraz dziewięć zbiórek z ławki Kurta Looby’ego. No i ten pick ze Skibą zakończony wsadem!

7) I ostatnia rzecz, o której warto wspomnieć – komunikacja. Gdy tylko jakiś zawodnik stawał na linii wolnych, trener Milicić momentalnie wołał do siebie pozostałą czwórkę. Tłumaczył, rozrysowywał, ustawiał. Przywoływał swoich zawodników – pojedynczo lub tłumnie – nawet wówczas, gdy piłka jedynie wychodziła na aut i nie było zbyt wiele czasu, zanim sędziowie nakażą wznowienie gry. Konkretne polecenia, konkretne zachowanie na parkiecie. Polecam obejrzeć jeszcze raz ostatnią akcję i zachowanie Dmitriewa. Jelinek spokojnie kozłuje piłkę na środku, a Fiedja patrzy w stronę ławki. Patrzy, patrzy, pokazuje gestem, że jeszcze, że spokojnie i po chwili, gdy zostaje sześć sekund, idzie komenda i mamy zasłonę, która otwiera pozycję Czechowi.

8) Rosa Radom to mocny i jednocześnie mądrze grający zespół, który pokazał, nad czym musi pracować Anwil. Gdy obrona nie switchowała, punkty po ścięciach padały seriami w pierwszej połowie. Było też sporo problemów w komunikacji na pickach. To wszystko jednak przyjdzie z czasem. Jak powiedział po meczu Skibniewski: Za dużo informacji na raz też nie jest dobrze dostać. Trzeba spokojnie i stopniowo.

9) Nigdy nie wolno lekceważyć drużyny opartej na tej samej myśli szkoleniowej i tym samym trzonie od lat! PGE Turów, Polfarmex, Energa Czarni – to też będą trudni rywale!

10) Seid Hajrić. Podziękowania za grę bez naramiennika, ale ten gest był słaby. Niepotrzebnie Seid dał się ponieść emocjom.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Tagi