Głównie, ale nie tylko, o koszykówce
Blog > Komentarze do wpisu

Wojciech Pietrzak, czyli pierwszy z wychowanków

Często wracasz wspomnieniami do lat 90-tych?

- Całkiem często. Lubię powspominać dawne lata.

Co wtedy czujesz? Nostalgię, radość, a może smutek czy zazdrość, że to już nie wróci?

- Wszystko po trochu. Jako młody chłopak miałem okazję trenować i grać w jednym zespole z jednymi z najlepszych koszykarzy, jacy kiedykolwiek występowali tutaj we Włocławku.

Zacznijmy więc od początku. Ciężko było się przebić do seniorskiego składu ówczesnego Nobilesu Włocławek? Twój pierwszy sezon, 1993/1994, był zarazem drugim dla drużyny w ekstraklasie. Wchodziłeś więc do ekipy wicemistrza.

- Tak, ale myślę, że nie tylko sukces zespołu czy jego ówczesny status determinował proces, jakim było wejście młodego zawodnika do drużyny. Owszem, kwestie sportowe były kluczowe, ale równie ważne były aspekty społeczne. To jakim ktoś jest człowiekiem. Bo jak nie ma akceptacji czysto ludzkiej i młody gracz będzie się sprzeciwiał swojej roli, to nic z tego nie wyjdzie. Ja jednak miałem taki charakter, że akceptowałem wszystko. Wiedziałem, że jestem młody i za Igorem (Griszczukiem – przyp. M.F.) czy Oszim (Romanem Olszewskim) muszę czasem ponosić te torby na obozach czy pomóc masażyście przygotować napoje do bidonów.

Chodziłeś rozpalić pod sauną?

- Słynny żart starszyzny…

Jak to było?

- Obóz w Bydgoszczy, pamiętam. Starsi, czyli Igor, Oszi czy Mirek Kabała zawołali jednego z młodych, mojego rówieśnika, chyba Blachowski się nazywał, i powiedzieli, żeby skoczył rozpalić pod sauną. No i ten biedak poleciał do kierownika obiektu i poprosił o zapałki, bo mu starsi kazali rozpalić… No, były takie żarty, my je dzielnie znosiliśmy, ale przez to robiła się fajna atmosfera.

A sportowo ciężko było się przebić?

- Igor, zanim przyjechał do Włocławka, grał w kadrze wielkiego Związku Radzieckiego. Oszi i Mirek regularnie występowali w kadrze Polski, a przecież byli w drużynie jeszcze: Jurek Bińkowski, Grzesiu Skiba czy Rosjanin Aleksiej Ugriumow. I ja, taki gość, który coś tam znaczył w juniorach, nagle musiał mierzyć się z ludźmi, którzy znaczą jeszcze więcej od niego i to w seniorach. Stres był. Ale przyznam: wszyscy starsi pomagali młodym wbić się do ekipy. Niby czasami jest tak, że starszy nie chce pomagać, bo przecież młody może go wygryźć za moment, ale nie w tym przypadku.

Mówi się jednak, przyznał mi to w wywiadzie trener Kazimierz Tomaszewski, że we Włocławku, nawet w latach wielkiej hossy pod koniec XX wieku, nigdy tak naprawdę nie chciano inwestować w młodzież. Ona po prostu była, bo musiała być.

- To zabawna rzecz. Ja grałem w Nobilesie dużo więcej za czasów trenera Szczepana Waczyńskiego. Kiedy jednak on nie dokończył sezonu i zatrudniono Wojciecha Krajewskiego, który prowadził Nobiles w kolejnych latach, to ja – mimo że byłem coraz starszy i bardziej doświadczony – grałem mniej. Trener Waczyński dawał mi grać nie tylko jak było 30 do przodu albo 30 w plecy, ale wchodziłem normalnie w trakcie meczu. Potem to się trochę zmieniło.

W sezonie 1993/1994 wystąpiłeś w 25 spotkaniach ligowych. Nigdy później, za czasów kolejnych trenerów, czyli Jacka Gembala, Rajko Toromana czy Eugeniusza Kijewskiego, nie zagrałeś tylu meczów.

- Taka była wizja trenerów i też specyfika ligi. Granie siedmioma, no ośmioma maksymalnie, zawodnikami przez cały mecz. A ja siedziałem na ławce… Szkoda, bo uważam, że dla chłopaka 17- czy 19-stoletniego nie ma nic gorszego niż oglądanie meczów z ławki. Żaden trening nie da ci nigdy tego, co da ci mecz. Trening nie odda sytuacji meczowych, nie odtworzysz na nim adrenaliny, kibiców, gry rywali. Wielokrotnie prosiłem ludzi w klubie, by pozwolili mi iść na wypożyczenie, ale cóż…

Patrzysz dzisiaj, np. jako statystyk na meczach Anwilu Włocławek, na przepis o Polakach, przepraszam – o zawodnikach miejscowych – i co sobie myślisz? Urodziłem się 20 lat za wcześnie…

- Czasem właśnie tak myślę i żałuję (śmiech)! Urodziłem się 20 lat za wcześnie.

Obecnie nie dość, że jest przepis, który chroni rodzimych graczy, to jeszcze finansowo liga poszła o lata świetle do przodu.

- O lata świetle, dokładnie.

Dzisiaj nawet junior wchodzący do składu może liczyć na pensję kilku tysięcy złotych miesięcznie. A kiedyś?

- Daj spokój. Jakieś stypendia i tyle. A były takie sytuacje, w których siedziałem z reprezentującym mnie moim ojcem u pana prezesa Ryszarda Badury i słyszeliśmy takie słowa: przecież młody mieszka u was (u rodziców – przyp. M.F.), to za mieszkanie nie płaci, za jedzenie też nie, do szkoły chodzi, no to ile? Kilkaset złotych, może tysiąc?

Przesada w drugą stronę. W szatni rozmawiało się o pieniądzach?

- Raczej nie. Zresztą, jak ja mogłem rozmawiać z Igorem czy Siergiejem Żełudokiem? Może oni dwaj to poruszali między sobą takie tematy, ale nie ja, młody, z nimi. Wtedy był też inny przelicznik. Liderzy, zawodnicy z zagranicy zarabiali kilka tysięcy dolarów miesięcznie, ale to tak, jakby dzisiaj zarabiali kilkadziesiąt.

Pamiętasz pierwszy swój kontrakt?

- Pamiętam to, że był dziwny, bo… bezterminowy. Coś jakbym był niewolnikiem do końca życia. Jak chciałem odejść – nie mogłem, bo mam kontrakt. Ale jak oni chcieliby mnie się pozbyć, to mogli to zrobić w każdej chwili. Chciałem to zmienić i ostatecznie udało się podpisać potem umowę na trzy lata. Nie zarabiałem wielkich pieniędzy, zresztą ja generalnie nie zarabiałem w ogóle jakichś dużych pieniędzy w karierze, ale nie mam o to do nikogo pretensji. Znałem swoje miejsce i wiedziałem, co mogę. Poza tym – nie tyle co kwota jest ważna, ale to czy wszystkie te pieniądze dostaniesz. To co na papierze, a to co na koncie to jednak dwie róże kwestie, o czym się potem przekonałem.

Były premie za medale?

- Proporcjonalnie do wkładu, że tak powiem (śmiech). Czyli pięciu graczy brało 95 procent, a reszta zespołu te pięć pozostałe. Taka specyfika (śmiech).

W swojej książce „Z dystansu” Andrzej Pluta mówi, że przecenia się kwestię atmosfery w zespole, twierdząc, że najważniejsza i tak jest praca, praca, praca… O Nobilesie mówiło się jednak, że poza wyjątkowym talentem, drużynę zawsze charakteryzowała chemia.

- Nie zgadzam się z tym. Wyobraź sobie, że wchodzisz do szatni, gdzie nikt się nie lubi, każdy na treningu działa jak robot, a potem idzie do domu. Grałem w kilku zespołach i chemia, mniejsza, większa, ale jednak jest bardzo potrzebna. Co? W szatni się nie lubimy, to na parkiecie będzie OK? Nie da rady. Jak nikt się nie będzie lubił, to nikt nie stanie w niczyjej obronie.

Przypominam sobie bójkę w Szczecinie.

- Właśnie! Jakby nie było chemii, to Oszi zostałby znokautowany przez Martina Egglestone’a, Igor nie wstawiłby się za Oszim, Heniu (Henryk Wardach – przyp. M.F.) nie wstawiłby się za Igorem, Siergiej za Heniem, a za Siergiejem reszta zespołu. A tak, pokazaliśmy, żeby z nami nie zadzierać (śmiech). Jasne, dwie-trzy osoby w zespole nie muszą się lubić, ale jednak więź kilku graczy jest potrzebna.

Jak budować chemię w zespole?

- Oj, wiem do czego zmierzasz (śmiech).

Krążą różne legendy…

- Krążą, krążyły i krążyć będą. Ale w każdej legendzie jest część prawdy (śmiech). Jedno piwko nigdy nikomu jeszcze nie zaszkodziło.

Ale dobrze wiemy, że wtedy, lat temu 20-25 we Włocławku, nie chodziło o jedno piwko.

- To prawda. Ale co, teraz tak nie jest?

Niekoniecznie. Kiedyś zespoły budowało się na lata, dzisiaj na rok-dwa… Ciężko się zżyć.

- Jak ktoś ma się z kimś znaleźć w tłumie, to się znajdzie.

Wtedy wszyscy się dopasowywali świetnie.

- A widzisz! Zasługą kierownictwa klubu było, że świetnie dobierali zawodników nie tylko pod względem sportowym (śmiech). Ja nie byłem święty, że jak ktoś polewał, to odwracałem głowę w drugą stronę. Niemniej, mieszkałem wówczas z rodzicami, chodziłem do szkoły, byłem młody, więc nie we wszystkich spotkaniach… integracyjnych… uczestniczyłem.

Słyszałem taką historię. Prawdopodobnie było to po zdobyciu Pucharu Polski albo po brązowym medalu w sezonie 1994/1995. Drużyna bawiła się w lokalu przy ulicy Wienieckiej, drzwi zamknięte, ale w pewnym momencie wszedł prezes i powiedział: panowie, to wszystko co tutaj jest, to na koszt klubu.

- Chyba nie uczestniczyłem akurat żadnej imprezie w lokalu na Wienieckiej, a przynajmniej nie przypominam sobie. To jednak nie znaczy, że takiej sytuacji na pewno nie było (śmiech)! Okazji do świętowania było sporo. A to wygrany ważny mecz, a to awans do kolejnej rundy w pucharze i rzeczywiście, lokale zamykano, drużyna się bawiła.

Znam historie, że gdy ktoś nie uczestniczył w takich spotkaniach, momentalnie był autowany.

- Kto nie pije, ten kabluje, tak mówią… A z drugiej strony – nie przypominam sobie, by ktoś sam z siebie się izolował (śmiech). Chociaż… Grzesiu Skiba, którego przezywaliśmy „Mama”, właśnie dlatego, że tak trochę nam matkował, był zawsze bardzo rozsądny i spokojnie uczestniczył w różnych spotkaniach, a potem często rozwoził towarzystwo po imprezie. Taki dobry duch.

Nie było problemu, gdy we Włocławku grali bracia Słowianie: obok Igora także Siergiej Słaniewski, Aleksiej Ugriumow, Siergiej Żełudok. A gdy potem zaczęli przyjeżdżać Amerykanie?

- Pamiętam Ikie’a Corbina. Przyjechał do Włocławka, Włocławka lat 90-tych, brudnego, szarego, a on prosto z Japonii! Ależ był w szoku! Do tego mieszkał jeszcze gdzieś w starej kamienicy w centrum, chyba na ulicy Bojańczyka. Wiesz, stara brama, stare podwórze, on Amerykanin, grał w nowoczesnej Japonii. Duży przeskok dla niego, ale co chcę powiedzieć – był na tyle inteligentnym gościem, że nie miał absolutnie żadnych problemów z adaptacją! Szybko się wkomponował w zespół pod każdym możliwym względem i nie narzekał.

Słyszałem, że mówiło się o tobie „Jordan z Hożej”.

- Nie słyszałem tego, poza tym mieszkałem na Promiennej, a nie Hożej (śmiech).

Niemniej, Włocławek cie lubił. Szanował i kibicował temu młodemu wychowankowi, który wdzierał się do drużyny.

- Lubił, lubił. Ale i z wzajemnością!

Włocławek pamięta o tobie do dzisiaj? Dobiegasz 40-stki, na meczach jesteś jako statystyk, ale to twój jedyny związek z koszykówką…

- Pamięta, pamięta i jest to bardzo miłe. Zresztą o tym, że pamięta świadczy to, że robimy teraz wywiad (śmiech). Czasami miewałem sytuację, że gdzieś tam jestem w banku czy sklepie, nawet ostatnio tak było i ktoś mówi: A pan to podobny do tego Wojtka Pietrzaka. Wówczas kłaniam się nisko, mówię: Dzień dobry, Wojtek Pietrzak. No co mam ci powiedzieć… Fajnie, tak samo jak 25 lat temu. Pamiętam mecz pucharowy, gramy z węgierskim Kormendem. U nich przegrywamy 22 punktami, a u nas gramy dwie dogrywki, Mirek Kabała rzuca na drugą dogrywkę z rogu parkietu w ostatniej sekundzie, ostatecznie wygrywamy 27 punktami i przechodzimy dalej! A ja, gówniarz 17-18 lat, wyszedłem wtedy pierwszej piątce, coś tam rzuciłem, coś zebrałem i ogółem zagrałem bardzo pozytywnie. I po meczu wychodzę z hali i widzę tylko morze głów, a wszyscy skandują „WOJTEK! PIETRZAK!”… Człowiek przez pół nocy potem nie spał, ciągle widziałem te zdjęcia, te autografy, jeszcze raz rozgrywałem mecz.

To też była specyfika danego czasu, hali OSiR.

- Były mecze, w których hala wyglądała, jakby zaraz miała wybuchnąć, odlecieć. Wychodziliśmy na rozgrzewkę, a tam, pół godziny przed meczem, pełne trybuny! Człowiek patrzył i myślał: gdzie są schody, jak ci ludzie tu weszli? Jak wyjdą? Boże, balkony całe zajęte, zaraz zlecą na kosz.

Załatwiałeś bilety rodzinie? Na tamte czasy to i Hala Mistrzów byłaby za mała dla wszystkich chętnych…

- Oczywiście. Była lista potrzeb dla rodziny, znajomych. Jako zawodnik miałem tam kilka biletów co mecz, jeden-dwa karnety, mogłem obdarować kogo chciałem. Nawet nauczyciele prosili (śmiech).

W szkole miałeś lżej?

- Miałem takiego nauczyciela w Koperniku (II LO im. Mikołaja Kopernika – przyp. M.F.) od historii. Niestety nie pamiętam nazwiska. Załóżmy, że pierwsza historia po weekendzie przypadała we wtorek. Więc przychodził profesor do klasy i zamiast wziąć dziennik, mówił: Spokojnie, najpierw spytamy Wojtka jak mecz. No i referowałem te pięć minut. Gdy wygraliśmy to super, gdy przegraliśmy to dlaczego, a po co, a jak i tak dalej. Potem sor mówił: Dobrze, teraz wszystko wiem, możemy przejść do lekcji.

Mogła ci odbić palma, przyznaj. Dla Igora czy Osziego taka atmosfera i to że byli w centrum całego miasta, było normą. W końcu to liderzy, reprezentanci krajów. Ale ty byłeś młody…

- Oj mogła… Młody człowiek był, a grał w drugim najlepszym zespole w Polsce. Towarzyszyli mi ludzie, którzy w koszykówce osiągnęli wszystko albo prawie wszystko. Nie jeździłem autobusami jak moi rówieśnicy, szybko miałem swój samochód. Dzięki rodzicom, dzisiaj jestem tego pewien, nie odbiła mi sodówka. Tata dużo więcej osiągnął w sporcie ode mnie, zawsze trzymał mnie w ryzach. Wiadomo jak to jest – gdy młody człowiek nie ma bata nad sobą, to ma bujną fantazję, a gdy jeszcze ma pieniądze…

Wchodzisz do lokalu, a tam wszyscy są twoimi kumplami…

- …i jest przyjemnie, a ty czujesz się panem wszechświata. Może gdybym jeszcze mieszkał sam, a na koncie miałbym pieniądze, to wówczas mogłoby to się źle skończyć. Dziewczyny, samochody, imprezy… Na szczęście rodzice hamowali głupoty.

We Włocławku zalegano z pieniędzmi?

- Nigdy. Dopiero później dowiedziałem się co to rok grania bez kasy.

W Inowrocławiu?

- Tak. Parę miesięcy poszło w plecy.

Dzisiaj kluby są z tobą na czysto?

- Żartujesz? Poza Włocławkiem żaden… Noteć, Toruń – choć nie obecny Polski Cukier, ani też stary SIDEn, mówię o AZSie Toruń – no i Kotwica Kołobrzeg. Wszyscy.

Tych pieniędzy nie odzyskasz?

- Nie od dziś to wiem…

Ty, fan motoryzacji, kupiłbyś za to, czego nie dostałeś, dobry samochód?

- Niejeden. Mieszkanie bym kupił, może mały dom postawił.

Nie chciałeś nikogo skarżyć? Wyegzekwować długów w sądzie?

- Noteć upadła. Przeciwko komu miałbym wystąpić? Przeciwko nieistniejącej działalności? AZS Toruń tak samo, bo SIDEn czy Polski Cukier to inne firmy. Kotwica zapewniała mnie, że dostane pieniądze, ale oni później, jeszcze za trenera Sebastiana Machowskiego, przekształcili się w inną spółkę. Poza tym, wiesz jak to jest? Koszykarze często są zatrudnieni na własnej działalności gospodarczej i wystawiają faktury, dostając w zamian pensję. A jak ja miałem wystawiać faktury w Kołobrzegu, gdy klub mi nic nie płacił? Od faktur musiałbym zapłacić podatek, a z czego płacić? Błędne koło. Parę moich złotych po świecie zostało.

W Kotwicy przedwcześnie zakończyłeś karierę. Z powodu urazu kolana.

- Paradoksem jest, że zakończył moją karierę mecz we Włocławku. Graliśmy z Anwilem, trenerem Kotwicy już nie był Sebastian Machowski, ale mój ulubiony Mariusz Karol.

Ironię dostrzegam?

- I słusznie! Trener Karol jest współodpowiedzialny za moje zakończenie kariery. Tak jak powiedziałem, we Włocławku doznałem kontuzji kolana. Podczas jednej akcji kolano uciekło mi w bok, poczułem ból, naderwałem więzadło. Oczywiście nikt nie zrobił mi profesjonalnych badań medycznych, żadnego rezonansu, jakieś tylko prowizoryczne badanie USG zrobione w przychodni u lekarza rodzinnego, które nic nie pokazało, więc trener kazał mi grać w kolejnym meczu z Turowem. On miał bardzo dużo ciśnienie, bo wcześniej prowadził zgorzelczan i chciał się pokazać. Potrzebował wszystkich zawodników. Ja nie chciałem grać, ale nie miałem wyjścia, bo przecież USG nic nie pokazało. No i wyszedłem na parkiet, a po dwóch minutach wiedziałem, że to już koniec. To była głupota z mojej strony, że zgodziłem się wtedy grać. Człowiek zdrowie zmarnował, a jak przyszedł koniec sezonu, to trener Karol nawet ręki nie podał i nie podziękował za grę…

Zanim zakończyłeś karierę w Kołobrzegu, zdążyłeś jeszcze spróbować swoich sił zagranicą. Spędziłeś kilka lat we Francji.

- Grałem tam zarówno w lidze w pełni zawodowej, drugiej lidze, jak i rozgrywkach pół-zawodowych, a pół-amatorskich w niższej klasie. I dziś… żałuję, że nie zostałem we Francji na jeszcze dłużej, tylko wróciłem po kilku latach.

Wyjechałem w 2001 roku, po Toruniu. Po Toruniu, w którym musiałem kilka razy zmieniać mieszkanie w trakcie sezonu, bo przez zadłużenie klubu względem nas, zawodników, ciągle miałem niezapłacony czynsz, a do hali jeździłem na rowerze w zimie, bo nie miałem na paliwo. I nagle… Jestem we Francji, w której – gdy przychodzi dzień wypłaty – przychodzi także prezes i daje każdemu kwit. Proszę, oto czek, możesz go zrealizować w tym i tym banku. Szok! Przez pierwsze dwa miesiące zaglądałem na konto codziennie i nie wierzyłem. Są pieniądze! A w Polsce? Ciągle tylko: czy dostanę za miesiąc czy za dwa? A jak za dwa to czy całość, czy pół, czy może jakąś część? Pełna partyzantka.

Dużo zarabiałeś we Francji?

- Tu nie chodzi dużo, mało. Chodzi o to, że w nawet jak we Francji miałem przykładowo dwa tysiące euro, to wiedziałem, że je mam miesiąc w miesiąc. I mogę planować sobie przyszłość. Co na papierze, to święte. Tam nie ma sytuacji, gdy ktoś opuszcza miasto, w którym grał i brakuje mu 10 euro. Nie i koniec.

Dlaczego wróciłeś?

- Mogłem zostać, ale byłem zmęczony psychicznie. Kilka lat samemu, bez rodziny, bez przyjaciół. Zobaczyłem jak to jest być cudzoziemcem w innej lidze. Ciężko. Bez kontaktu z rodziną, Internet raczkował, sam telefon nie wystarczał. Ciągle tylko dom-trening-dom-zakupy-dom-trening i francuska telewizja. Odliczałem czas do przerwy świąteczno-noworocznej, bo wiedziałem, że dostanę kilka dni wolnego. A potem znowu odliczanie do maja, czerwca aż się sezon skończy. Wtedy to się nawarstwiało i uznałem, że wracam. Dzisiaj… trochę żałuję.

Zakończmy pozytywnym akcentem. Bo anegdotę „rozpal pod sauną” zna dużo ludzi. A coś może z twoim udziałem?

- (chwila milczenia) Znowu sytuacja z obozu w Bydgoszczy. Mieszkamy w hotelu robotniczym, jestem w pokoju z Pawłem Urbańskim, a przez ścianę Heniu Wardach i Mirek Kabała…

…i słychać tylko stukot turlanych po podłodze butelek…

… e tam słychać, wykładzina była (śmiech)! Ale poważne. Mamy pokój, obok Mirek i Heniu, a łączy nas wspólny balkon, na którym – po wypraniu po treningu – suszą się nasze koszulki, spodenki. I nagle patrzę, wiatr, ubrania pospadały na trawę. Wychodzę na balkon, a obok mnie Heniu. I mówi:

- O, patrz młody, moje też spadły. Skoczysz?

- Jasne! Już lecę.

I wybiegłem z pokoju, wypadłem z klatki i żeby znaleźć się pod balkonem, musiałem biec dookoła budynku. No więc jestem, podnoszę te ubrania, wrzucam na górę do Henia i zbieram się, by wrócić, znowu dookoła hotelu. Na co Heniu mówi:

- Gdzie tam będziesz biegł, wskakuj tutaj!

- Jak to wskakuj? – pytam zdziwiony, bo to był taki nieco wyższy parter.

- No wskakuj! Dawaj mi tu ręce, wciągnę cię!

No i wyciągnąłem ramiona, a Heniu, jak gdyby nigdy nic, załapał mnie za nadgarstki i wciągnął, mnie, 100-kilogramowego chłopaka, jak lalkę na górę. Wciągnął, postawił na balkonie, nawet nie zająknął, odwrócił się i poszedł do Mirka do pokoju.

Ktoś dziwi się jeszcze, że gdy Heniu – znowu wracamy do roli chemii w zespole – ruszał na odsiecz koledze z drużyny, to wszyscy rozchodzili się na boki?

środa, 02 września 2015, michalfalkowski

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2015/09/03 15:15:33
Bardzo wciągający ten wywiad i fajnym powrotem do przeszłości! ;)
-
Gość: Ona, *.173.49.19.tesatnet.pl
2015/10/23 21:19:20
Fajnie się czyta. Miło powrócić do tamtych czasów. Mecze ma starej poczciwej hali OSIR i szybsze bicie serca gdy na parkiet wbiegała 13tka... Ech... 23 lata minęły, nie wierzę...