Głównie, ale nie tylko, o koszykówce
Blog > Komentarze do wpisu

Z dystansu na karierę Pluty, czyli przeczytałem biografię

Wszyscy znamy Andrzeja Plutę.

Kilkanaście lat w ekstraklasie, niezliczone tytuły i trofea, nagrody indywidualne i medale oraz występy w kadrze i pucharach. To wszystko zrobiło swoje. Na zadane pytanie kim jest Andrzej Pluta, każdy szanujący się kibic koszykówki poda kilka faktów z biografii rzucającego obrońcy.

Wszyscy znamy Andrzeja Plutę, choć tak naprawdę parkiet nie jest najlepszym pryzmatem do wyciągania wniosków.

Tym bardziej, że my, wszyscy obserwatorzy kariery Pluty, najczęściej widzieliśmy tylko efekt końcowy, a to co najważniejsze, najistotniejsze dotychczas pozostawało w ukryciu. Dotychczas.

***

Spisanie wspomnień Pluty było wielką gratką, ale jednocześnie wielkim wyzwaniem dla Łukasza. Komuś mogłoby się wydawać, że przelewanie na papier słów wielkiego sportowca jest miłe, łatwe i przyjemne. Przyznam, że mnie – odkąd dowiedziałem się, że obaj panowie biorą byka za rogi – najbardziej intrygowało to w jaki sposób Łukasz poradzi sobie z… perfekcjonizmem Andrzeja.

W rozmowach o koszykówce były zawodnik zawsze sprowadzał wszystko do kilku rzeczy: pracy, wysiłku i suchych faktów, czy, jak kto woli, liczb i statystyk. Obudźcie Andrzeja w środku nocy, zaczepcie go na ulicy, złapcie w korytarzu po meczu. Zawsze wie ile miał punktów w ostatnim spotkaniu, ile rzucił trójek dwa tygodnie temu i jaką miał średnią trzy sezony. Odpowie bezbłędnie, a gdzieś w tle zawsze będą przewijały się słowa-klucze: praca, treningi, ćwiczenia, rzuty…

I choć to wszystko jest w tej książce, bo rzeczywiście musiało się w niej znaleźć, bez tego obraz byłby po prostu nieprawdziwy, nie jest to historia opowiadana suchymi faktami i liczbami.

***

Książka jest opowieścią, która wciąga powoli. Tak jak Pluta-zawodnik nie był ekspresyjny na parkiecie i po prostu z chłodną miną trafiał trójkę za trójką, tak z tym samym spokojem Pluta-współautor wprowadza nas do świata, w którym zaczęła się jego wielka przygoda. Pogoń, Bobry, znowu Pogoń…

Mogę powiedzieć, że na fakty byłem przygotowany. Wiedziałem, co działo się w każdym z tych sezonów na tyle, by – zapytany – zilustrować karierę Andrzeja-sportowca. Piórem Łukasza, Pluta przemienił jednak te wszystkie znane fakty w wydarzenia. Scharakteryzował je, dodał postaci, oceniał i nie stronił od własnych przemyśleń, opisał tło.

I akcje nabrała rozpędu.

Momentami – gawędziarz, w którego słowach wyczuwa się radość z tego, że może podzielić się z kimś bagażem swojego życia. Momentami – przewodnik, który na każdym kroku podkreśla, że gdyby nie praca i wsparcie rodziny, nie osiągnąłby tak wiele. Momentami – anegdociarz, opisujący swoje, jak i swoich kolegów z parkietu historyjki, przy których nie można się nie uśmiechnąć. Momentami – sędzia, ostry, ale sprawiedliwy, choć oceniający wszystkie sytuacje przez pryzmat własnego ja.

***

To, co mnie najbardziej zaskoczyło to koniec z wizerunkiem grzecznego, spokojnego i ułożonego faceta. Bo taki obraz budował Andrzej-sportowiec przez lata. Tworzył się obraz koszykarza oddanego zespołowi, pracującego nie za dwóch, ale za trzech. W rozmowach o sporcie nie dało się z Andrzeja wyciągnąć nic kontrowersyjnego, bo i tak jeśli krytykował, robił to w elegancki i zawoalowany sposób.

Tymczasem np. w rozdziale o Czarnych Słupsk czytelnik ma wrażenie, jakby zadra została wbita niedawno, a nie 15 lat temu. Sam Andrzej rozpoczyna ten fragment słowami Do tej pory było grzecznie i kulturalnie. Ale to koniec. Pora wylać wiadro pomyj. I wiadro pomyj rzeczywiście jest wylewane. Czy sprawiedliwie? Trzeba sięgnąć po książkę, ale wiele osób ze Słupska zmieni myślenie o byłym sportowcu.

Obrywa się także innym. Michalisowi Kiritsisowi za to, że treningi rozpisywał za niego Mariusz Bacik, gdy on sam bawił się w najlepsze podczas okresu przygotowawczego, Andrejowi Urlepowi, który oprócz morderczych treningów (za to akurat Andrzej pewnie mu dziękował…) serwował zawodnikom sesje z szamanem i mantrowanie. Obrywa się młodym zawodnikom, którym nie chciało się trenować, ale i doświadczonym trenerom, gdy ich metody nie skutkowały. 

Obrywa się jednak tylko tym, którzy na to zasłużyli. I tylko w tym fragmencie, w którym zasłużyli. Andrzej nie mógł przejść i nie przechodzi obojętnie obok tego, co dał mu wspomniany Urlep, opisuje szczerze jak skutecznym duetem był jego charakter w połączeniu z charyzmą Igora Griszczuka, choć jednocześnie nie idealizuje i opowiada również o tym i dlaczego skakali sobie kilkukrotnie do gardeł.

***

Nijak do tej biografii pasują cytaty, którymi karmią nas wydawcy szrotu, czyli książek o sportowcach, gdy ci są na początku swojej drogi sportowej, ale ich status sportowca-celebryty wymusza wypuszczenie na rynek historii ich życia.

Wchodzisz na własne ryzyko albo Cała prawda o… 

Miałkie bzdury, i w dodatku o niczym.

Biografia byłego koszykarza nie jest o niczym, ale nie jest też o niczym nadzwyczajnym. Rodzina, pasja, praca. Trzy elementy, które łączą każdego człowieka z człowiekiem, a Andrzej Pluta jest po prostu jednym z tych, który nie poległ na żadnym z tych pól.

I nigdy nie powie ci wchodzisz na własne ryzyko. Raczej uradowany otworzy drzwi i grzecznym gestem zaprosi, byś spędził kilka przyjemnych chwil z jego historią.

Naprawdę dobrze napisaną historią.

piątek, 28 sierpnia 2015, michalfalkowski

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: