Głównie, ale nie tylko, o koszykówce
Blog > Komentarze do wpisu

Słaby, zgrany czy bez ambicji? Jaki jest zawodnik we Włocławku

- Tylko szczerze tam napisz o nich! – padło w Hali Mistrzów, gdy szedłem do samochodu. Myślę sobie, ale fejm, jestem rozpoznawalny! Patrzę wstecz, a tu gęba kolegi szczerzy się do mnie w uśmiechu, a za nim kolejny znajomy. A zatem nici z rozpoznawalności na równi z koszykarzami. Choć w ostatnim czasie to raczej komplement dla mnie.

Po katastrofie w Gdyni, włocławianie nie dali rady Rosie Radom. O samym meczu, przyczynach porażkach, cytatach z konferencji i otoczce już pisałem. Nie napisałem jednak, że o ile nie liczyłem na zwycięstwo przed tygodniem, o tyle byłem przekonany o wygranej nad Rosą. I gdy gospodarze prowadzili 38:22, rozsiadłem się wygodnie na swoim krzesełku w Hali Mistrzów. I to akurat nie jest dla mnie komplement.

***

Długo zastanawiałem się nad tym, skąd bierze się tak pasywna postawa Anwilu w ostatnich meczach i doszedłem do jednego wniosku. Zawodnik jest pracownikiem i w znakomitej większości, jeśli sam nie ma z góry założonego celu na przyszłość, będzie pracował tak mocno, na jak mocno przymusi go do tego pracodawca. W tym przypadku nie pracodawca klub, ale pracodawca – trener. W poprzednim tekście pisałem, że największym zarzutem pod adresem Predraga Krunicia, jaki teraz można wysnuć, jest to, iż w ciągu trzech miesięcy nie nadał temu zespołowi cech tak bardzo charakteryzujących jego samego: pasji, zaangażowania, energii, poświęcenia. I tę tezę podtrzymuję.

Kompletnie nie kupuję tłumaczenia pod tytułem Nie skupiajmy się na porażkach, skupmy się na przyszłości. Gdy przychodziłem było 0-4, teraz jesteśmy na 9. miejscu w lidze. Nie było mnie przy zatrudnianiu Bośniaka (z pochodzenia – podobno jednak Serba), ale sądzę, że nie o to chodziło radzie nadzorczej klubu przy aprobowaniu osoby coacha, by po 14 grach mógł pochwalić się bilansem 7-7.

Owszem, potrzebny był trener, który po bardzo wycofanym, introwertycznym i ograniczającym relacje międzyludzkie do minimum Mariuszu Niedbalskim, przejmując zespół tchnie w niego nowego ducha i wydawało się, że Krunić jest kandydatem idealnym. Pozytywny, nawet superpozytywny, energetyczny, lubiący nawiązywać nowe kontakty i znajomości, lubiący ludzi i koszykarzy i czerpiący z tego, że emanuje wokół siebie optymistyczną aurą. I to działało przez długi okres, lecz w końcu nadszedł czas, gdy trzeba było zaproponować coś nowego. I niestety obecnie szkoleniowiec wywraca się o własną naturę i własne podejście, popełniając ten sam błąd, który przed laty popełniał Emir Mutapcić.

Doświadczony Bośniak przyszedł do Włocławka, będąc przyzwyczajonym do koszykarzy o określonej wartości finansowej, a także przyzwyczajonym do graczy o zupełnie innej jakości, umiejętnościach oraz świadomości tego gdzie są, za jakie pieniądze grają obecnie i za jakie mogą grać za moment. Prościej jest prowadzić zawodników, którzy zarabiają 15 czy 20 tysięcy dolarów miesięcznie, niż tych, którzy mają trzy-cztery razy mniej. Mutapcić, mający właśnie doświadczenie z tego typu sytuacji, we Włocławku powielał znany mu system, czyli darzył swoich zawodników miłością bezgraniczną i absolutną, nieba im przychylał i był na każde skinienie. Co dostawał w zamian, przypominać nie muszę, ale dlaczego tak się stało? Moim zdaniem facet po prostu nadawał na innym pułapie, niż jego zawodnicy, a jednocześnie nie był w stanie zmusić koszykarzy, by poszli za nim. Prośbą, groźbą, słowem, pięścią – czymkolwiek – ale nie był w stanie.

W podobnej sytuacji jest obecnie Krunić. Znający zupełnie inne realia i innych zawodników (nawet w słabym Bayreuthcie średnia pensja wynosiła 10 tysięcy euro), we Włocławku kopiuje to, co dało efekt w Bundeslidze. Jest dobry, jest pozytywny, jest optymistyczny i ufający. A czasami powinien być jak Andrej Urlep sprzed dekady. Zamiast tłumaczyć Deontę Vaughna po głupiej stracie, która mogła kosztować zwycięstwo z Polskim Cukrem, powinien wybuchnąć tak, że przy następnej sytuacji Amerykanin zastanowiłby się dwa razy, zanim popełnił stratę. Bojąc się nie konsekwencji w postaci przegranego meczu, ale gniewu swojego szkoleniowca.

Predrag Krunić na pewno nie jest słabym trenerem, ale na razie nie widać, by odcisnął jakiekolwiek piętno na swoich zawodnikach. Jakiekolwiek oznacza w tym sensie rzeczywiście jakiekolwiek – pozytywne lub negatywne. Tymczasem przecież mecze z Asseco czy Rosą, taktycznie oraz energetycznie, nie różniły się specjalnie od spotkań, gdy zespół prowadził Mariusz Niedbalski. Trzy miesiące to być może niewiele, ale przecież przy takiej grze za niespełna trzy miesiące Anwil będzie kończył sezon.

***

– Stado baranów prowadzone przez lwa jest groźniejsze niż stado lwów prowadzone przez barana – powiedział Napoleon, a że wodzem wielkim był, nikomu nie wypada się z tym nie zgadzać. Dlaczego zawodnicy Anwilu grają tak źle, skoro potencjał drużyny powinien dać spokojne miejsce w najlepszej ósemce?

Kompletnie nie kupuję twierdzenia, że trener jest dobry, ale zawodnicy są słabi. Przecież zawodnicy nie zmienili się właściwie od początku sezonu, a gdy trenerem był Niedbalski mówiono wręcz coś odwrotnego: że skład jest stabilny, tylko trenera trzeba zmienić.

Problemem Anwilu nie są, wbrew pozorom, słabi zawodnicy. Problemem drużyny są zawodnicy zgrani, których trener nie umie zmusić do wytężonego wysiłku i gry z pasją. Zawodnicy, którym jest już wszystko jedno, czy za rok będą rywalizować we Włocławku, Sopocie czy na Cyprze. Zawodnicy, którzy zadowolą się absolutnym minimalizmem, jednym skutecznym meczem na kilka kolejek, zawodnicy, którzy grają dobrze kiedy akurat mają dzień, a nie walczą ze swoimi słabościami, gdy czują, że mają spadek formy. Zawodnicy, którzy czują, że w swojej karierze chyba już nic wielkiego nie zwojują… Vaughn, Andrea Crosariol, Arvydas Eitutavicius, szkoda, że do tego grona trzeba zaliczyć również Seida Hajricia.

Na drugim krańcu natomiast zaangażowany i ambitny sam z siebie Konrad Wysocki (jednocześnie zdający sobie sprawę z tego, że drzwi do Bundesligi ma raczej zamknięte – a więc jednak: pragmatyka), chimeryczny, ale pracujący na nowy kontrakt Greg Surmacz czy grający – w perspektywie całego sezonu – najskuteczniej Chase Simon.

Jak myślicie – dlaczego Amerykanin gra jak z nut, aż miło patrzeć? A nawet jak ma słabszy dzień i niepotrzebnie forsuje rzuty, to i tak kibic ma wrażenie, że Amerykaninowi się chce. Dlatego, że obecnie Simon zarabia jeszcze mniej, niż miał w Tarnobrzegu przed rokiem (trzy-cztery tysiące dolarów, jeśli się nie mylę) i zdaje sobie sprawę z tego, że to nie jest pułap adekwatny do jego umiejętności. A przy tym doskonale wie o tym, że jeśli zaliczy dobry sezon, za rok przeskoczy na dwukrotność tej sumy.

Koszykarz, który ma plan i z każdym rokiem chce zarabiać coraz więcej to koszykarz bezcenny, bo waleczny, ambitny i zaangażowany. Koszykarz, który zadowala się statusem quo przez lata to z kolei zupełnie przeciwległy biegun. Deonta Vaughn na przykład, zarabia obecnie mniej więcej tyle samo, ile w swoim pierwszym sezonie w Polpharmie Starogard Gdański.

Różnica widoczna aż nadto.

wtorek, 03 lutego 2015, michalfalkowski

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: