Głównie, ale nie tylko, o koszykówce
Blog > Komentarze do wpisu

Hubert Śledziński - emergency i research w jednej osobie

– Opowiem historię. Z zeszłorocznego okresu przygotowawczego. Zdarzyło się tak, że na konkretny dzień mieliśmy ustalone badania lekarskie, ale na bardzo wczesną godzinę poranną. Chyba na 7.30. O 6.30 otrzymałem telefon od jednego, bardzo młodego zawodnika z pytaniem Czy może pan po mnie przyjechać? Nie będę szedł pieszo, bo pada… Okres przygotowawczy. Lato. To nie było gradobicie. Lekki deszczyk poranny. Cóż… na szczęście zawodnik zrozumiał jasny przekaz i stawił się na badaniach punktualnie – mówi o różnicy między troską o zawodników a niańczeniem Hubert Śledziński, kierownik Anwilu Włocławek, a także opowiada o budowaniu zespołu, przeszukiwaniu rynku graczy i pracy z wieloma trenerami.

 

Dzień dobry panie kierowniku, a może, odzwierciedlając myślenie kibica: dzień dobry panie przynieś-podaj-pozamiataj?

- Dzień dobry. Na początku zaczynamy widzę jak u Hitchcocka, od trzęsienia ziemi.

Małego. Ale nie jest tak? Większość kibiców nie widzi twojej, waszej, kierowników pracy. A jak nie widzi, to zaczyna się zastanawiać: a po co on jest?

- Po co jest kierownik zespołu… Dobre pytanie. Cóż, każdy zespół ma kierownika, więc po coś jednak istniejemy… Wszystko tak naprawdę zależy od klubu, bo zakres obowiązków kierowników drużyn jest bardzo różny. Najczęściej jesteśmy po prostu po to, by ułatwiać koszykarzom i trenerom wszelkie możliwe sprawy pozaboiskowe na tyle skutecznie, by ci mogli skupić się na trenowaniu. Ogółem, ale bardzo ogółem, można powiedzieć, że kierownik jest odpowiedzialny za pobyt zawodnika w danym mieście, za rozwiązywanie wszystkich możliwych problemów, za organizację meczów wyjazdowych. Ja w Anwilu odpowiadam również za kilka innych rzeczy: legalizację pobytu, robotę papierkową, kontakty z agentami i przeszukiwanie rynku.

Najważniejszy jest jednak kontakt z koszykarzami…

- Tak. Z obecnym prezesem ustaliliśmy, że nie mam jakiegoś sztywnego planu pracy. Mam zakres obowiązków i jeśli wszystko jest załatwione, teoretycznie mogę jechać do domu szybciej. To, że mimo wszystko jestem w Hali Mistrzów niezależnie od wszystkiego od 9 do 20-21, to jest już mój własny wybór. Uznałem jednak, że chcę być na każdym treningu, także przed nim i po nim, bo chcę by koszykarze wiedzieli, że praktycznie zawsze jestem na hali. Lubię być blisko nich i wiedzieć, co się dzieje w zespole.

Ale przed, po i na treningach są również trenerzy, asystenci… Może oni mogliby podzielić między siebie obowiązki kierownika zespołu?

- Jak mawiał trener Igor Griszczuk: nie ma ludzi niezastąpionych. Ja uważam jednak, że jest potrzebna w klubie osoba, która będzie przy zespole i wszystko zorganizuje. Przykład: zawodników wybiera trener, ale ktoś musi podzwonić do agentów, ktoś musi zrobić selekcję ofert spływających do klubu, ktoś musi przygotować kontrakt, kupić bilety lotnicze, zorganizować transport, przygotować mieszkanie, samochody, przygotować dokumenty, odwalić papierkową robotę, a potem być, być i jeszcze raz być w gotowości. Sytuacje są różne, najwięcej pracy jest przy rookie’ch. Oni wymagają dużej troski, czasu, cierpliwości. Czasami nawet kilka miesięcy potrzeba by zaczęli dobrze czuć się w mieście i drużynie, vide – przykład Elijah Johnsona, który nie mógł się u nas zaadaptować. 

Opowiedzmy historię krok po kroku - zawodnik przyjeżdża do Włocławka i…

- Najpierw zapewnia się logistykę z lotniska do Włocławka. Zawsze chcemy by zawodnik, jeśli jest to off-season, był w mieście dzień przed okresem przygotowawczym. Chodzi o to, żeby nie tracić dnia, kiedy są już testy medyczne. Potem kluczowa sprawa: organizacja pobytu i jej najważniejszy aspekt, czyli Internet. U nas w klubie, i proszę mi wierzyć – jest to rzadkość w Polsce – koszykarz ma już Internet w momencie, w którym po raz pierwszy otwiera drzwi mieszkania. Zdarzały się sytuacje, w których gracze mówili mi, że w innych klubach czekali na to dwa, trzy czy więcej dni. U nas tak nie ma, bo wiemy, że dla zawodników, zwłaszcza z USA, jest to bardzo ważne. Sam byłem wielokrotnie świadkiem sytuacji, w której zawodnik, po przekroczeniu progu, pierwsze co robił, to rzucał wszystko i logował się w sieci. Wylądowałem, jestem już na miejscu, all ok. Następnie pokazujemy drogę z domu do hali, miejsca, gdzie może smacznie i zdrowo zjeść, czasami robimy pierwsze zakupy, zwłaszcza w przypadku obcokrajowców, wskazujemy jakie produkty mogą spożywać, a czego im nie wolno. A potem to już w ramach potrzeb.

Wspomniałeś coś o robocie papierkowej. Chodzi o wyrobienie licencji dla gracza?

- Też, ale przede wszystkim chodzi o legalizację pobytu i rzeczywiście jest tego dość sporo. W dodatku, kiedyś można było to załatwić we Włocławku, a dzisiaj trzeba jeździć do Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy. Jeden koszykarz to cały stos kilkuset kartek dokumentacji. Samego wniosku o zalegalizowanie pobytu jest 15 stron, potem kopie paszportu, pełnomocnictwa, zezwolenia, wszystko w czterech kserokopiach… Plus minus minimum 200 stron na gracza. Na początku pracy byłem załamany. Potem weszło mi w krew. No i kiedy zawodnik się sprawdzi, wyrabiamy mu licencje, czyli przesyłamy dokumenty do ligi, do związku. Tak samo jest z trenerami.

To wszystko jest przed sezonem, a w trakcie?

- Hotele, wyjazdy, autokary, no i… emergency, czyli w ramach wypadków, potrzeb, problemów. Jestem do dyspozycji 24 godziny na dobę. Zdarzały się telefony o dziwnych porach. Pamiętam… 1 w nocy, telefon, że zawodnik jest w szpitalu, kompletnie pijany, jadę, dalej trzeba na policję…

Słynna sprawa Erika Hicksa? Sam ją opisywałem kiedyś.

- …

Zdarza się, że zawodnicy dzwonią z głupawymi prośbami?

- Zdarza się.

Na przykład?

- Nie chcę konkretyzować, bo o ile dla mnie to może być głupawy problem, o tyle dla zawodnika nie jest i trzeba to załatwić.

Ale czasami opadają ci ręce?

- Czasami…

I cierpliwość się kończy?

- Powiem tak: jeśli ktoś potrafi się odwdzięczyć, podziękować, to jednak nie. Mogę się dziwić, mogę się uśmiechać pod nosem, ale cierpliwość mi się nie kończy. Ponadto, jeśli widzę, że ktoś się stara w 100 procentach na treningach, jeśli jest zaangażowany, jeśli jest uśmiechnięty, to naprawdę nie ma żadnego problemu.

Zdarzyli się w twojej kierowniczej karierze koszykarze totalnie nieproblematyczni?

- Na przykład Dusan Katnić przyjechał, wziął mieszkanie, samochód i… właściwie nie było gościa. Jak już coś się działo, to były to rzeczy poważne. Chociaż… Pamiętam, że poprosił mnie o pomoc przy wyborze czy kupnie pianina. Ale to było akurat sympatyczne. Bardzo miło wspominam również Dru Joyce’a. Czasem potrzebował pomocy w różnych sprawach, ale był przy tym bardzo wdzięczny, sympatyczny, miły i nigdy nie zajmował się rzeczami mało ważnymi. Zawsze będę go miło wspominał. Do dzisiaj pozostajemy w kontakcie.

A jeśli chodzi o ludzi całkowicie bezproblemowych… Była taka postać. I nadal jest. To Andrzej Pluta. Od Andrzeja zawsze bił tak wielki profesjonalizm, że po pierwsze: nigdy nie zajmował się głupotami, a po drugie: w jego naturze leży chyba to, by nie absorbować sobą innych osób. Andrzej zawsze skupiał się na sprawach najważniejszych i nigdy nie było z nim żadnego problemu, a dodatkowo, jako skromna osoba, tak to odbieram , sam załatwiał wszystkie swoje sprawy i nie chciał pomocy.

Gdzie kończy się troska o zawodnika, a gdzie zaczyna się niańczenie?

- Opowiem historię. Z zeszłorocznego okresu przygotowawczego. Zdarzyło się tak, że na konkretny dzień mieliśmy ustalone badania lekarskie, ale na bardzo wczesną godzinę poranną. Chyba na 7.30. O 6.30 otrzymałem telefon od jednego, bardzo młodego zawodnika z pytaniem Czy może pan po mnie przyjechać? Nie będę szedł pieszo, bo pada… Okres przygotowawczy. Lato. To nie było gradobicie. Lekki deszczyk poranny. Cóż… na szczęście zawodnik zrozumiał jasny przekaz i stawił się na badaniach punktualnie.

Jesteś trochę powiernikiem zawodników? Kimś między klubem, a drużyną, między prezesem, a trenerem?

- W pewnym sensie tak.

Często dzieje się tak, że czytasz coś w Internecie na temat zawodnika i myślisz sobie: Boże, ci ludzie w ogóle go nie znają a wydają opinię na bazie tego, co widzą tylko przez 40 minut w trakcie meczu…

- Szczerze? Ja w ogóle nie mam czasu na czytanie komentarzy. Przeglądam stronę eurobasket.com, bo muszę być na bieżąco z rynkiem transferowym. Czytam strony o koszykówce i tyle. A co do pytania – ja uważam, że trzeba kogoś poznać, by wydać opinię. Staram się nie uprzedzać do nikogo.

Do Dusana Katnicia ludzie mieli pretensje, że nie pokazuje emocji i przez to, domniemywali, że nie zależy mu na zespole. Podobnie było z Tonym Weedenem, za którym ciągnie się opinia, że na pierwszym miejscu stawia własne statystyki. Taka jest powszechna opinia kibiców.

- Dusan nie pokazywał emocji, fakt. Ale czy nie przeżywał meczów? To już inna rzecz. Pamiętam bardzo ważny mecz, chyba w Zgorzelcu. John Allen trafia bardzo istotną trójkę, wraca do obrony, ale nie cieszy się, typowy poker face. I czy to oznacza, że się nie cieszy? Absolutnie nie. Tony Weeden… Pewnie zadziwię wszystkich, ale nie powiem na niego złego słowa. Super pracujący na treningach, poza treningami, bardzo atletyczny, punktualny, pytający Dominika Narojczyka o dodatkowe programy ćwiczeń… Do dziś mam z nim kontakt. Tak jak np. z Drew Joycem, Rashardem Sullivanem, Alexem Dunnem.

Wróćmy do ciebie jako do łącznika między klubem a zespołem. Bywało tak, że któraś ze stron starała się przeciągnąć cię na swoją, nomen omen, stronę?

- Przede wszystkim pracuję z trenerem i to jemu staram się zbudować taką organizację, by mógł skupić się na treningach. Cały czas jestem jednak pracownikiem klubu. Czasem bywa… ciekawie…

Pracowałeś ze Zmago Sagadinem, Igorem Griszczukiem, Emirem Mutapciciem, Krzyśkiem Szablowskim, Dainiusem Adomaitisem i Miliją Bogiceviciem.

- Od każdego możesz wziąć coś wyjątkowego. Zmago już zawsze będzie kojarzył mi się z ciężkimi, morderczymi wręcz treningami. Wtedy byłem jeszcze jego asystentem. Igor zawsze trzymał wszystko w ryzach, miał wielką dyscyplinę taktyczną. Był strasznie wymagający, nie chcę powiedzieć trudny, ale maksymalnie wymagający, na treningach nie można było się zaśmiać. Zawsze wymagał ogromnego skupienia, pilnował szczegółów. Pamiętam jak denerwował się na najmniejszy śmiech na treningu, co oczywiście wykorzystywali starsi gracze maksymalnie rozśmieszając młodszych…

Za czasów Griszczuka chyba musiałeś być swego rodzaju odgromnikiem, piorunochronem…

- Zawsze chodzi tylko o jedno: trzeba wygrać mecz. Cała reszta jest nieistotna. Pamiętam finał Asseco-Anwil, ten, który przegraliśmy 0-4. To był chyba drugi mecz, prowadziliśmy wysoko, graliśmy super, gdy trener Griszczuk posadził na ławce Mujo Tuljkovicia. Ten coś powiedział w emocjach i dla Igora był koniec. Absolutny. Mujo nie gra i już. W przerwie podszedłem i mówię: coach, trzeba wygrać mecz. A Igor na to: nie mogę pozwolić sobie na dezorganizowanie mojej dyscypliny! To była jego decyzja i trzeba ją było uszanować. Jego zespół, jego koncepcja i za to Igora zawsze szanowałem – że z obranej drogi nigdy nie schodził. Ten mecz przegraliśmy. Czy byśmy go wygrali, gdyby grał Mujo? Nie wiem. Może tak, może nie. Asseco to była wtedy potęga…

Emir Mutapcić. Poznałem go osobiście. Zawsze wydawał mi się bardziej GM czy dyrektorem sportowym, koordynatorem pracy, selekcjonerem. Mniej trenerem klubowym.

- Muki był zupełnie inny, wyważony, stonowany, ale z ogromną energią do pracy. Dyskutował, uwielbiał rozmawiać na każdy temat, był otwarty, bardzo sympatyczny, aż za sympatyczny czasami. Gdy zawodnik miał prośbę, robił wszystko, był gotowy nieba uchylić. Także swoim pracownikom.

To go zgubiło?

- Tego nie wiem. Wiem jedno: mnie, Krzyśka Szablowskiego, Marcina Woźniaka i Dominka Narojczyka napędzał do takiej pracy, że to było niesamowite. I ja nie wiem jak on to robił. Miał w sobie coś takiego, co cały czas ci mówiło: zrób więcej, jeszcze więcej. Wzbudzał niesamowite zaufanie, był perfekcjonistą, a my chcieliśmy mu dorównać. Z jego pobytu tutaj pamiętam jeden szczegół. Przyjmijmy, nie wiem, że mieliśmy razem 300 dni treningowych, tak? No to na te 300 dni my, i to nie jest przesada, z 290 razy byliśmy po wieczornym treningu razem na kolacji, na piwie, na spotkaniu. Trener, ja, Marcin, Krzychu, Domino… Żeby jeszcze pogadać, jeszcze coś przeanalizować, coś zaplanować, przetrawić problemy, omówić trening, obgadać taktykę, przemielić, przemyśleć, jeszcze raz, i następny, i znowu, i jeszcze… Doszło do tego, że w końcu protestowaliśmy w żartach: Coach, do domu chcemy, żony czekają, jest już 21, cały dzień na hali Wtedy Muki odpowiadał zawsze to samo: Ja jestem waszą rodziną! Klub jest waszym domem! Ze mną nie chcesz iść? I szliśmy, dyskutowaliśmy, żeby nie zatrzymywać się w miejscu, żeby się rozwijać, żeby polepszać. Świetny człowiek. Nie przez przypadek dzisiaj pracuje w Bayernie Monachium.

A jego graczem jest Malcolm Delaney. Mógł grać w Anwilu, prawda?

- Tak. Właśnie za Mukiego. Kibic spojrzy w statystyki i powie: 3-4 asysty w meczu? I taki wybitny rozgrywający? Ano taki wybitny, że gra dzisiaj w Eurolidze. Muki go chciał, byliśmy blisko…

Wrócimy do niego, ale za moment. Zajmijmy się teraz tym, co najbardziej interesuje kibiców – budowaniem zespołu.

- Pytasz o moją rolę… Dobrze. Więc przede wszystkim zajmuję się kontaktami z agentami. Gromadzę wszystkie oferty, które spływają na moją pocztę, czy na pocztę klubu, również dzwonię do znajomych agentów, by przesłali listy swoich graczy w naszym zakresie finansowym. I wówczas zaczyna się selekcja. Czasem robię ją sam, czasem z trenerem głównym czy asystentami, wszystko zależy właśnie od pierwszego trenera. Tworzy się wstępna lista, która później nabiera kształtów. Rozszerza się i kurczy w zależności do sytuacji.

Według mnie najważniejsze jest, by ustalić to, co klub ma na dany moment, a potem założyć jakich zawodników chciałby dodać na konkretne pozycje pod względem stylu gry, charakteru, mentalności, podejścia do życia, wieku, wzrostu. To wszystko oczywiście ustala trener.

Czyli trener mówi: na czwórce mamy wakat, chcę gościa, który wyjdzie na obwód, rzuci za trzy, ale umie też dobrze podać i gra pick and pop?

- Na przykład. Robimy wówczas listę graczy o odpowiednim profilu, choć czasem ciężko jest znaleźć wszystkie wytyczne w jednym kandydacie w takich a nie innych możliwościach finansowych i wówczas trzeba się nagiąć albo zmienić koncepcje. Bywa też, że mamy super kandydata, negocjujemy, finalizujemy sprawę, ale nagle dowiadujemy się, że facet ma problemy poza boiskiem…

Za czasów Zmago Sagadina była słynna lista…

- Tak, 10 graczy na każdą pozycję. Trener od początku na przykład bardzo mocno naciskał na angaż Milosa Paravinji i Stipe Modricia. Według mnie to nic złego, gdy trener chce gracza, którego zna.

Igor, Muki czy jeszcze niewspomniany tutaj Milija Bogicević – oni wszyscy mieli graczy, z którymi chcieli współpracować.

- Tak. Igor mocno forsował opcję Dru Joyce’a w trzecim swoim sezonie, ale wówczas doszło do problemu, bo dwóch agentów podpisało dwa różne kontrakty w imieniu Dru i ostatecznie się rozstaliśmy. Muki natomiast od początku chciał koniecznie Johna Allena, a co ciekawe – John był u nas na tapecie nawet jak w klubie nie było Mukiego. Trener Milija z kolei, to przecież nie tajemnica, wybrał Dusana Katnicia i Danilo Mijatovicia.

Muszę zapytać o to jak do klubu trafił Tony Weeden. Wiem, że masz o nim pozytywną opinię, ale ja do dzisiaj tego nie rozumiem. Czym kierował się trener Dainius Adomaitis, którego uważam za bardzo zdolnego młodego trenera, przy wyborze Amerykanina?

- Tony był jedną z opcji. Doma chciał strzelca, który nie będzie miał problemów z presją. Wybraliśmy grono zawodników, część z nich robi dzisiaj fantastyczne kariery. Był wśród nich Michael Umeh…

…ten, który grał w Pucharze Kasztelana w barwach Bnei Hasharon?

- Ten sam. Wtedy, jak się nim interesowaliśmy, był w Niemczech. Dzisiaj jest w kręgu zainteresowań Montepaschi Siena… Doma chciał go bardzo mocno, rozmowy poszły daleko, było blisko, rozmawialiśmy na jego temat z trenerem Sebastianem Machowskim, wystawił dobrą opinię. Tak samo jak menedżer jego ówczesnego klubu. Mieliśmy także kontakt z zawodnikiem, który z nim grał. Niestety w trakcie negocjacji włączył się klub, który dał tę samą kwotę co my, tyle że w euro, a nie dolarach, i negocjacje się skończyły.

Kolejny na liście był Anthony Goods. Trochę się obawialiśmy, bo wcześniejsze lata nie były dla niego udane. Stąd był dość tani. Coś budziło jednak nasze wątpliwości, bo jako rookie nie dał sobie rady, potem miał dwa kluby w trakcie jednego sezonu. Jednak zbieraliśmy o nim dobre opinie i jak dzisiaj pokazuje sytuacja – to nie byłby zły wybór. Anthony gra we Francji i jest skutecznym strzelcem.

W tym momencie muszę przerwać i dodać, że klub zawsze negocjuje z kilkoma graczami na raz. Chodzi o to, żeby zaoszczędzić czas. Nie może być tak, że gdy jeden zawodnik nas odpala, to my dopiero wówczas szukamy innego. I właśnie wtedy rozmawialiśmy i z Umehem, i z Goodsem, no i właśnie z Tonym. On też budził pewne obawy. Każdy wiedział, jaki to gracz. No i w trakcie negocjacji nagle Umeha zgarnęły nam Włochy, Goods podpisał kontrakt w Kijowie za dużo większe pieniądze, niż mogliśmy dać, no i zdecydowaliśmy się na Tony’ego. Doma jednak chciał grać bardzo poukładany basket, a jego ciężko było kontrolować. Cóż, nie myli się tylko ten, który nic nie robi.

A o Tonym mogę powiedzieć jeszcze jedną ciekawostkę. Gdy przyszedł do klubu, zapytał Dominika o wszystkie rekordy na poszczególnych stacjach na siłowni. I później, w trakcie sezonu, wszystkie pobił. Nie od razu, ale pobił. A to była przecież ekipa atletów z Marcusem Ginyardem, Ryanem Wrightem, Seidem Hajriciem czy Rubenem Boykinem. Ale Tony się uparł, że będzie najlepszy i był.

Z grona tych, których wybrał Adomaitis, odpadł również Wright. To też pomyłka trenera?

- Chyba nikt z obcokrajowców nie pracował tak ciężko na treningach odkąd ja tutaj jestem, jak Ryan. To nie było 100 procent normy, ani 105. To było 200 procent. Koszykarsko jednak nie dał rady.

Zrobiłem research na twój temat. Dowiedziałem się, że twoimi sugestiami byli Marcus Ginyard i Corsley Edwards. Sam nie chciałeś się chwalić, więc ja zrobiłem to za ciebie, a teraz słucham. W jaki sposób znajduje się gracza do Anwilu w 2. lidze izraelskiej?

- Ja śledzę wszystkie ważniejsze ligi w Europie.

Nawet 2. izraelską?

- Nawet.

Fińską też?

- Tak.

I szwedzką?

- Tak. Już dwa lata temu widziałem w akcji Keitha Wrighta, którego w tym sezonie ściągnęli Czarni. Poza wszystkimi ligami topowymi, czyli hiszpańską, turecką, włoską, rosyjską i tak dalej, śledzę również ich drugie ligi, a z pierwszych dodatkowo np. cypryjską, belgijską, holenderską, węgierską, słowacką, ligi skandynawskie czy ze wschodu Europy.

I Marcusa zobaczyłem po raz pierwszy w Bayreuth w Niemczech. Gdy grał w Izraelu, śledziłem go po raz drugi. I gdy Doma wyznaczył swoje oczekiwania na pozycję numer trzy, czyli skrzydłowego, który będzie atletyczny, pomoże na zbiórce, ale również zafunkcjonuje z piłką, to po serii selekcji wskazałem właśnie na Marcusa. I przyznam, początkowo jego kandydatura nie spotkała się z entuzjazmem. Ale po dwóch-trzech dniach Doma przyszedł do mnie i zapytał: który to jest ten gość z Izraela? Obejrzał wtedy jego nagrania po raz drugi i uznał, że jednak chce go w zespole.

A Corsley?

- Muki chciał bardzo dominantnego centra i dodatkowo, ogranego w Europie, mającego nazwisko, słowem: gościa, który będzie gwiazdą i zrobi różnicę. Zabrałem się więc do pracy i zacząłem przeszukiwać rynek oraz gromadzić oferty. To były naprawdę duże nazwiska i zawodnicy znani w Europie, ale co podsuwałem kandydata Mukiemu, ten go odrzucał. Trwało to chyba tydzień, czy nawet 10 dni i przez cały ten czas zajmowałem się tylko jedną pozycją, tylko centrem. W końcu byłem już tak zrezygnowany, trener odrzucił kilkadziesiąt opcji, że postawiłem na pracę systemową i zacząłem od samej góry. Oczywiście od razu odrzuciłem centrów z Euroligi, nie nasza półka cenowa, i wziąłem się za EuroCup. Finalista? Odpada. Wicemistrz? Nie da rady. Trzeci zespół? Odpa… o! Jest ktoś ciekawy. Corsley Edwards. Cedevita Zagrzeb. Jak pokazałem go Mukiemu, ten tylko kiwnął głową i powiedział: Nie wierzę, że możemy go mieć. A jednak.

Widzę uśmiech na twojej twarzy. A jak to było z Malcolmem Delaney?

- Kończył wówczas uczelnię, więc jego agent rozesłał oferty wszędzie. Na początku nie był w naszym zasięgu finansowym, ale Muki bardzo go chciał w zespole. Szukał zawodnika, którzy szybko potrafi pozbywać się piłki, który umie uruchomić grę w jednym podaniu. Kontrakt, pamiętam, negocjowaliśmy w nocy, nie mogliśmy zbić ceny, w końcu podjęliśmy decyzję, że bierzemy go i już mieliśmy dzwonić, że zgadzamy się na warunki agenta, kiedy to on zadzwonił do nas pierwszy i poinformował, że niestety, ale jeśli jesteśmy zainteresowani, to cena skończyła właśnie o 50 tysięcy dolarów. I niestety dla nas Malcolm wylądował w Francji. Zabrakło minut? Pieniędzy? Wszystkiego po trochu. A dzisiaj Malcolm ma w Bayernie kontrakt roczny na poziomie 300 tysięcy dolarów.

Muki bardzo mocno zwracał uwagę na fakt wydawania pieniędzy na poszczególne pozycje. Miał ustaloną listę, pozycje i przyporządkowane kwoty, które chce wydać. Gdy była opcja wziąć gracza, przekraczającego wyznaczoną kwotę, wówczas nic nie działo się ot, tak, na pohybel, tylko była debata i pytanie skąd możemy dodać w tym miejscu, żeby za bardzo nie osłabić się w innym.

Zdarzyło się, że odrzuciliście ofertę zawodnika, np. z powodów pozasportowych, a potem ten zawodnik zjawił się w Polsce?

- Tak, ale nie podam nazwisk.

Terrell Stoglin…

- Nic nie powiem.

Zdajesz sobie sprawę, że twoja praca nigdy nie będzie widoczna dla kibica? Wracam do początku wywiadu: pan od przynieś-podaj-pozamiataj.

- Nie szkodzi. Kilka miesięcy temu przyjechał do nas Jordan Callahan. Ujął mnie tym, że mówił do nas po polsku. Proste zwroty, pojedyncze słowa, był uśmiechnięty, zadowolony, niechcący sprawiać problemów. Naprawdę chciało się zrobić wszystko, by pomóc mu się zaaklimatyzować.

(chwila milczenia) Kiedyś ktoś z szefostwa klubu zapytał Johna Allena o to, jak mu się pracuje ze Śledziem. I John powiedział wówczas tak: Wszedłem kiedyś do pokoju trenerów i poprosiłem go o pewną rzecz. Był zawalony robotą, ale mi na niej bardzo zależało. Zapytałem więc czy da radę załatwić jakiś dokument, a on, nie odrywając wzroku od papierków, kiwnął głową i powiedział „ok”. Wkurzyłem się strasznie. Zlekceważył mnie. Poszedłem więc na trening, a gdy wróciłem do szatni po treningu, zobaczyłem… że moja prośba została spełniona.Tak powiedział John, a cała sytuacja oczywiście dotarła do mnie po czasie i… to było naprawdę miłe. I tyle mi wystarczy.

 

Inne wywiady-rzeki na blogu:

1) Marcin Woźniak, scouter z pasji i obowiązku

2) Kazimierz Tomaszewski - trener młodzieży, trener-prekursor

3) Kazimierz Tomaszewski - trener młodzieży, trener-prekursor. Część 2

wtorek, 20 maja 2014, michalfalkowski

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: zdzichu, *.satfilm.pl
2014/05/20 13:04:14
kto to qrwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa jest i jeden i drugi hehehhehe smieszni sa
-
Gość: zdzichu, *.satfilm.pl
2014/05/20 13:04:29
kto to qrwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa jest i jeden i drugi hehehhehe smieszni sa
-
Gość: zybeks, *.chem.univ.gda.pl
2014/05/20 14:25:56
świetny wywiad, pozdrawiam
-
Gość: AguAgu, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/05/20 17:34:41
Mega wywiad, takich wywiadów "od środka" powinno być dużo więcej i to na stronie oficjalnej. Przynajmniej wiemy co niektórzy robią w klubie.
-
2014/05/20 22:31:53
Zybeks, AguAgu - dziękuję za miłe słowa. Mam nadzieję, że w przyszłości uda się więcej :)
-
Gość: Kuchar, *.centertel.pl
2014/05/21 09:46:01
Kiedys napisalem ze wywiad z Marcusem byl jednym z gorszych jakie czytalem w tematyce koszykarskiej. Ten jest jednym z lepszych ;) super Michal. Dzieki, ze jeszcze komus sie chce robic cos fajnego. Pozdrawiam