Głównie, ale nie tylko, o koszykówce
Blog > Komentarze do wpisu

Leszek Marzec czyli Dariusz Szczubiał wersja 2.0

Nadaj nie mogę wyjść z podziwu, że istnieje trener, który potrafi bardziej uzależnić zespół od Amerykanów niż Dariusz Szczubiał. A jednak, taki ktoś istnieje, jest namacalny, a w niedzielne przedpołudnie miałem go na wyciągnięcie ręki. To trener Leszek Marzec, szkoleniowiec Stabillu Jeziora Tarnobrzeg.

W niedzielę Anwil lekko, przyjemnie, choć momentami zupełnie zbyt lekko i niezbyt przyjemnie, rozwalcował tarnobrzeski klub 88:75 (a było już prawie 30 punktów różnicy) i to grając bez trzech koszykarzy rotacji: kontuzjowany jest Mateusz Kostrzewski, chory Mikołaj Witliński, a w składzie brakuje podstawowego rzucającego obrońcy w miejsce Elijah Johnsona. Ponadto, około 15 minut w meczu otrzymał 17-letni Bartosz Jankowski. Innymi słowy, nie licząc wspomnianego Jankowskiego, który w normalnych warunkach meczowych jeszcze nie będzie brany pod uwagę w rotacji, a także nie licząc innego juniora, Adriana Warszawskiego, który otrzymał końcówkę meczu, tarnobrzeżanie zostali pokonani przez sześcioosobowy Anwil.

Od razu komunikat dla kibiców włocławian – to nie był perfekcyjny mecz Rottweilerów. Błędów było sporo, tak samo jak sporo było niedokładności i, momentami, niefrasobliwości. Z drugiej jednak strony, Anwilowcy czuli przeciwko komu grali i na co, nawet w momencie okresu przygotowawczego, mogli sobie pozwolić bez szkody dla wyniku i szlifowania kształtu gry w ataku.

A przeciwko komu grali? Przeciwko zespołowi, który tak naprawdę składał się z dwóch koszykarzy: Andrew Fitzgeralda i Chase’a Simona. Pewnie składałby się z trzech gdyby zdrowy był Chaisson Allen.

Wiele razy oglądałem dawną Siarkę czy jeszcze wcześniej Znicz, czyli ekipy, gdzie dominowali ultraofensywnie nastawieni Amerykanie mający carte blanche w ataku, ale nigdy nie byłem świadkiem czegoś takiego, jak w niedzielę w Toruniu. I nie chodzi o to, że duet Fitzgerald-Simon zdobył 55 z 75 punktów zespołu. Chociaż chluby to nie przynosi całemu klubowi, to jednak nie jest najistotniejsze. Zdecydowanie istotniejsze jest to, że wynik ten to nie efekt słabej gry polskich zawodników, to efekt tego, że czarnoskóry duet najchętniej grałby tylko akcje indywidualne, potem akcje indywidualne, w trzecim wariancie kombinacje między sobą, a w czwartym… Nie, czwartego wariantu nie było. Dopiero piątym wariantem była gra Polaków między sobą.

Oczywiście, przejaskrawiam sytuację, ale drugą połowę meczu rozpocząłem od obliczenia: ile akcji zakończy dwójka Amerykanów, a ile szóstka Polaków. I na początku – małe zaskoczenie – dwie akcje rzutowe zakończyli nasi rodacy. Myślę sobie: zmiana koncepcji, może coś z tego będzie. Ale gdzieżby tam! W następnych ośmiu lub dziewięciu zagraniach rzucał Fitzgerald lub Simon, Simon lub Fitzgerald… Przy całkowitej aprobacie trenera Marca.

I liczyłbym dalej, ale znajomy wciągnął mnie w dyskusję…

Będąc jeszcze na meczu zastanawiałem się: czy trener Marzec ma naprawdę tak ubogie w jakość rodzime zestawienie, że tak mocno pozwala Amerykanom zdominować ten zespół? Oczywiście, mecz z Anwilem okazał się eskalacją fenomenu, gdyż w dwóch wcześniejszych spotkaniach Polacy rzucili, odpowiednio, 52 z 82 oraz 34 z 69 punktów. Pierwszego spotkania jednak nie liczę, gdyż przeciwnik był niższej klasy – Astoria Bydgoszcz – a w przypadku drugiego warto zauważyć, że dwóch Amerykanów zdobyło 51 procent punktów. Do statystyki jednak jeszcze przejdziemy. Wróćmy do personaliów.

Oczywiście, polski zestaw ekipy to nie marzenie, ale bez przesady. Marcin Nowakowski pewnie nie będzie już rozgrywającym na miarę kadry, lecz to nadal solidny ligowiec, który umie grać inteligentnie. Dawid Przybyszewski zbliża się do końca kariery, niemniej wykorzystany w dobrze skonstruowanym secie na dystansie, da punkty, a Szymon Łukasik to dla niego bardzo solidna przeciwwaga. Michał Marciniak? Doświadczony gracz z pewnym rzutem z półdystansu i choć w defensywie nie powalczy przeciwko szybszym rywalom, w ataku swoje rzuty, raz lepiej, raz gorzej, trafi. Nie mówiąc już o Krzysztofie Krajniewskim, który w zeszłym sezonie pokazał, że jest ciekawą postacią i jego rozwój powinien być jednym z celów w Tarnobrzegu.

Nie ma w Tarnobrzegu wirtuozów koszykówki, ale jest ciekawe grono, które powinno być dobrze wykorzystane. Na pewno nie może być tak, że wyżej wymienionych pięciu koszykarzy, plus jeszcze Jakub Patoka i Piotr Pandura, zdobywa 45 procent punktów w ośmiu grach sparingowych, a trójka Amerykanów - 55. To tak wracając do statystyki. A przecież w Tarnobrzegu nie ma ani Michaela Jordana, ani Derricka Rose, ani nawet Waltera Hodge'a. Są za to Amerykanie, którzy, by zdobyć swoje 20-30 punktów, mogą oddać kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt rzutów w meczu.

A przecież w grach sparingowych zespół powinien testować różne warianty gry, a trenerzy – dawać szansę wszystkim swoim graczom. W Jeziorze wszystko wydaje się być już ustalone, więc tym bardziej nie sądzę, by cokolwiek miało się zmienić, gdy w lidze zacznie się gra o punkty.

***

Siedzący obok mnie znajomy dziennikarz zapytał A czego właściwie się spodziewałeś po Jeziorze?

Nie znam trenera Marca. Kojarzyłem jego nazwisko jako człowieka, który był w sztabie szkoleniowym Asseco Prokomu Gdynia człowiekiem odpowiedzialnym za drugi zespół, i jako asystenta w AZS Koszalin. Gdy podpisał umowę ze Stabillem Jeziorem (Stabillem Jezioro? Stabill Jeziorem?) pomyślałem po prostu w pierwszej chwili: może czas by ktoś dał kibicom w Tarnobrzegu trochę inną radość niż tylko tą pod postacią oglądania poczynaniach indywidualnych mistrzów świata w osobach Matta Addisona, Josha Millera czy LaMarshalla Corbetta.

Tym bardziej, że Marzec przywitał się z Tarnobrzegiem następującymi słowami: Będę też chciał ściągnąć młodych 18-19-letnich zdolnych zawodników, którzy otrzymają tu szansę pokazania się i zaistnienia w baskecie. Miało to sens, choć to częsty slogan w ustach trenerów.

Dziś wiemy, że pusty slogan. Bo ilu sprowadził? Żadnego. I choć w składzie jest dwóch juniorów, to dotychczas parkiet epizodycznie powąchał tylko jeden. W jednym meczu na osiem.

Naprawdę chciałbym doczekać czasu w polskiej koszykówce, kiedy prezesi i trenerzy klubów z dołu (ale nie tylko oni) zrozumieją, że młodemu zawodnikowi nie wystarczy tylko rozegrać pewną liczbę minut w meczu, by się rozwijać. Sama obecność na parkiecie mu nie da kompletnie nic (przerabialiśmy już przepis o młodzieżowcu w drugiej kwarcie). A tym bardziej obecność na parkiecie w drużynie, w której piłkę dostanie tylko wtedy, gdy cudzoziemiec napompuje już swoje cyferki do granicy zadowolenia.

Swojego oczywiście, nie zespołu. I trenera, jeśli wygra mu mecz. Raz na 10 spotkań, oczywiście.

poniedziałek, 23 września 2013, michalfalkowski

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: