Głównie, ale nie tylko, o koszykówce
Blog > Komentarze do wpisu

Pogłoski o śmierci tym razem nieprzesadzone

Śmierć Asseco Prokomu  (Prokomu Trefla) obwieszczano już dziesiątki razy. Romans z Sopotem kończyli Josip Vranković czy Darius Maskoliunas? Koniec. Odchodził Milan Gurović? Koniec. Odchodził Qyntel Woods? No teraz to już na pewno koniec! W trakcie sezonu rezygnował Tomas Pacesas? Koniec, koniec, koniec!

Dziewięć lat minęło bardzo szybko. Człowiek nawet nie wie kiedy z nastoletniego fana stał się najpierw pełnoletnim fanem, a potem dziennikarzem mającym własną rodzinę. Gdzieś uleciały dawne emocje, a opuchnięte ręce po fetowaniu mistrzostwa w 2003 roku zagoiły się na dobre – od 2004 roku mistrz był tylko jeden, ja bynajmniej nie klaskałem. A teraz mistrz po równo pochyłej przygasza swój blask…

Prokom Trefl Sopot miał chęci zdobyć swój pierwszy puchar mistrzowski już w roku 2002, gdy w jakiś wyjątkowy sposób wyeliminował w półfinale play-off Anwil Włocławek, choć w trzeciej kwarcie czwartego meczu, przy stanie 1-2, przegrywał już różnicą blisko 20 punktów. Ostatecznie w finale musiał uznać wyższość Śląska Wrocław, a rok później – właśnie Anwilu. Wraz z kolejnym sezonem nastały jednak tłuste lata dla sopocian, którzy z biegiem czasu przeistoczyli się w gdynian. Na tyle tłuste, że szczęśliwa siedmiolatka przedłużyła się o dwa sezony i kilka miesięcy temu świętowano po raz dziewiąty.

W tym czasie Śląsk przestał istnieć, inny zagrał w ekstraklasie i z niej zniknął, Anwil wielokrotnie zatrzymywał się na finale, jak w latach 90-tych, a w Zgorzelcu i Zielonej Górze powstały nowe ośrodki (choć to nie taka renoma)…

Dzisiaj Asseco Prokom przestaje istnieć, ale wy we Włocławku, Zgorzelcu, Zielonej Górze czy Sopocie – nie cieszcie się z tego. Tu naprawdę nie powinno być miejsca na inne odczucia niż żal czy smutek. To nie jest dobry dzień dla polskiego basketu.

Kilka miesięcy temu pisałem, tuż po przegranym meczu ze Startem Gdynia w dniu zwolnienia Kęstutisa Kemzury, że Asseco Prokom nie obroni mistrzostwa, a korona jest ponownie do wzięcia. Liczyłem jednak, ze wszystko odbędzie się na parkiecie, że znajdą się lepsi w wymiarze sportowym, że piłka po rzutach rywali częściej zatrzepocze siatką na obręczy. Do głowy nie przyszło mi, że ktoś rzuci ręcznik już w połowie sezonu.

Niestety, ręcznikiem rzucił Ryszard Krauze. Z jednej strony to smutne, że pojedynczy człowiek może podjąć decyzję i klub z dnia na dzień przestaje istnieć. Z drugiej, do pana Krauzego pretensji mieć nie można. Przez długie lata zapewniał widzom przeciętnych aren w kraju wspaniałych gladiatorów, prezentował pokazy, na które inni nie mogli sobie pozwolić i sprawiał, że do Polski zjeżdżali godni rywale z Europy.

Czymś wspaniałym i niedościgłym były dla mnie jako kibica pojedynki Nobilesu ze Śląskiem, lecz zmagania Anwilu z Prokomem Treflem/Asseco Prokom również miał swój klimat. I choć w pewnym momencie oba zespoły zaczęła dzielić coraz większa przepaść, zawsze stanowiły kwintesencję koszykówki w Polsce. Trudno będzie przestawić się na batalie, gdy za rok gdynianie będą balansowali na krawędzi budżetu dwóch milionów złotych, co nie tyle zepchnie ich z piedestału, ale strąci w koszykarską nicość.

Podłą ironią losu jest to, że decyzja zapadła w momencie, gdy zespół sportowo przywracał ducha wiary. Dwa pewne zwycięstwa ligowe (znowu we Włocławku…), awans do Final Four Pucharu Polski. Asseco Prokom nie był murowanym kandydatem do złota, nie odszczekuję poprzednich opinii, że mistrzostwa by nie obronił, ale na pewno epicko liczyłby się do samego końca. A teraz? Jeśli motywacja jest jedną z kluczowych aspektów wygrywania lub przegrywania, to nad gdynianami nie wisi teraz żaden znak zapytania. Wszystko wiadome.

Odkąd pamiętam zawsze słyszało się w różnych halach, że pan Ryszard przykręci kurek i po Asseco/Prokomie! No, hejterzy, teraz macie swój czas. Mi jest po prostu przykro.

wtorek, 12 lutego 2013, michalfalkowski

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: