Głównie, ale nie tylko, o koszykówce
Blog > Komentarze do wpisu

Co łączy Pianigianiego, Gallinariego i Plutę?

Kiedy ja zbierałem autografy stojąc w grupie kilkunastu/kilkudziesięciu takich samych zagorzalców jak ja nawet zmiennicy jakiejkolwiek drużyny nie mogli przejść koło mnie niezaczepieni. No tak, ale to była końcówka lat 90-tych i początek nowej dekady.

O co mi chodzi?

Miniony weekend spędziłem w Ergo Arenie na turnieju, na którym pojawiło się kilkunastu graczy europejskiego formatu oraz kilka byłych gwiazd pełniących obecnie różne funkcje w swoich kadrach narodowych, a także trenerzy. Dla łowców autografów – istny raj. I rzeczywiście, przed każdym meczem przy tunelu do szatni zbierała się grupka zapaleńców zainteresowana tylko i wyłącznie złowieniem podpisów. Oczywiście najważniejsi byli Polacy i doskonale to rozumiem.

Kilku rzeczy jednak nie rozumiem. Dwa-trzy metry obok grupki stał sześciokrotny mistrz Włoch, twórca sukcesów Montepaschi Siena, Simone Pianigiani. Stał sobie spokojnie, przez nikogo niezaczepiany, uśmiechnięty. No dobra, trenerzy są jednak mniej rozpoznawalni od zawodników, więc kogo by tu… no tak, to jasne… Kilka metrów od Simone siedział sobie, ubrany w wyjściową, niemeczową, niebieską koszulkę drużyny narodowej Danilo Gallinari, gracz Denver Nuggets, były zawodnik New York Knicks. Myślicie, że coś podpisał? Nie, bo w tym czasie młodzi kibice koszykówki zajęci byli tym panem.

Mam dziwne odczucie, że Daniel Hackett złożył kilka podpisów tylko ze względu na ciemniejszy kolor skóry…

Jeszcze jedna ciekawa sprawa. Podczas gdy autografy składali Przemysław Zamojski, Robert Skibniewski, Adam Waczyński a nawet Jakub Wojciechowski, który z Polski wyjechał sześć lat temu, nikt nie wyciągnął nawet ręki gdy do tunelu schodził ubrany, podobnie jak Gallinari, w koszulkę polo w narodowych barwach Andrzej Pluta.

 

 

 

 

 

 

 

 

Come on! Przecież pan Andrzej to mistrz Polski, najlepszy strzelec w kraju ostatniej dekady, były koszykarz, który wygrywa konkurs trójek nawet gdy przyjeżdża na niego bezpośrednio z ryb i sportowiec, którego powinno się pokazywać jako wzór dla młodych! Jednocześnie jednak sportowiec, którego żaden z młodych nie rozpoznał…

Nie wiem czy można to podpisać pod, szeroko ujmowany, proces deprecjonowania koszykówki w naszym kraju. Niech każdy oceni według własnego uznania.

****

Nikt nie zaczepiał Pianigianiego, więc ja to zrobiłem, pytając jak się czuje jako postać anonimowa i czy jest to dla niego pewne zaskoczenie. – Jest w mi z tym dobrze, bo przynajmniej mogę spokojnie skupić się na oglądaniu pięknych cheerleaderek. A tak poważnie mówiąc, to są hale, w których nie mógłbym stać spokojnie, a są też takie, gdzie nie rozdaję autografów. Tam gdzie koszykówka jest bardzo popularna, tam zawsze znajdą się ludzie, którzy mnie kojarzą – padło z ust z Włocha. Sporo mówi zwłaszcza ostatnie zdanie.

Z trenerem rozmawiałem także o tym kto zdobędzie srebrny medal w Londynie (stawia na Rosję), co sądzi na temat pomysłu ograniczenia olimpijskich kadr narodowych limitem 23 lat, podobnie jak jest w piłce nożnej (sądzi, że jest bez sensu), a także o tym czy Ergo Arena wreszcie zapełni się kibicami (bo chciałby przestać słyszeć pisk podczas meczów). Ogółem bardzo sympatyczny człowiek, który nie ma awersji do dziennikarzy – przeciwnie, uważa ich za integralną część koszykówki i to na tyle ważną, że nie miał problemu w porozmawianiu nie tylko ze mną, ale innymi dziennikarzami, poświęcając nam ogółem około kilkunastu minut ze swojego prywatnego czasu. Nie staliśmy przecież w mix-zonie, choć nawet i tam często słyszy się no talks, no interviews albo polskie nie, bo nie.

****

PS. Gratulacje dla Bartłomieja Bonka – facet pokazał klasę. Wiedział, że do medalu będzie mu potrzebny wynik w okolicach życiówki i to zrobił. Pięknie! No i oczywiście gratulacje dla mającego wielkie serce i wolę walki Damiana Janikowskiego, którego nie chciałbym spotkać w ciemnym zaułku…

PS2. A Marcin Dołęga? Jakkolwiek popularne jest pastwienie się nad polskim sztangistą, ja nie zamierzam włączać się w tej dyskurs. Polecam za to artykuł Rafała Steca http://rafalstec.blox.pl/2012/08/Dolega.html. Ironią losu jest fakt, że na złoto wystarczyło podnieść tylko 412 kilogramów. Dołęga już w swoich pierwszych próbach anonsował łącznie 415 (miał zacząć od 190 w rwaniu i 225 w podrzucie)…

wtorek, 07 sierpnia 2012, michalfalkowski

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: mike, *.adsl.inetia.pl
2012/08/07 12:01:03
Smutne, ale prawdziwe. Niestety wiele osób przychodzi na mecze koszykówki dla (jak to się mówi w ich języku) lansu - tak jest m.in. we Włocławku. Cieszę się, że chociaż dla tego przychodzą...
Znając Andrzeja Plute to wcale się tym nie przejął;) Co do rozpoznawalności to założę się, że jeżeli taki Westbrook rozdawałby autografy to równie spokojnie jak bohaterzy z artykułu mogliby przejść Magic czy Abdul-Jabbar, takie czasy...